Zmęczona blogową formułą oraz tym, jak mocno ograniczający jest blogspot, przeniosłam wszystkie wpisy na moją stronę www i tam będę kontynuowała pisanie, tyle że z podziałem na kategorie. To pozwoli mi zachować porządek, a Czytający będzie mógł łatwo odnaleźć interesujący go obszar. Wszystko utrzymane w dotychczasowym lekkoduchu.
Wprawdzie strona wciąż podlega pewnym kosmetycznym zabiegom, ale będę szczęśliwa, jeśli już teraz wraz z zawartością tego bloga uda mi się na Winezine.pl przenieść jego Czytelników.
Na pożegnanie hicior Bay City Rollers:
Szczęśliwego Nowego Roku!
środa, 29 grudnia 2010
czwartek, 23 grudnia 2010
feliz navidad
Z okazji Świąt oraz nadchodzącego Nowego Roku ślę życzenia ustami pijącej cavę Shakiry, która wystąpiła w spocie Freixeneta w zamian za przekazanie części dochodów z kampanii reklamowej na rzecz swojej fundacji Piez Descalzos wspierającej kolumbijskie dzieciaki:
Dużo uśmiechu!
Dużo uśmiechu!
wtorek, 21 grudnia 2010
ślimak, ślimak pokaż rogi
Czy ktoś miał już okazję przekartkować nowy włoski przewodnik po winie Slow Wine? Ja jeszcze nie.
Cenię działalność Slow Food, choć aktywnie nie przyłączam się do niej. Może będę sobie cenić także Slow Wine, kto wie, póki co nie mam zdania na ten temat. Mam natomiast obawy.
Ekstremizm nie wydaje mi się pociągający. Giancarlo Gariglio and Fabio Giavedoni, twórcy Slow Wine stawiają się w opozycji do wielkiego przewodnika po winach włoskich Gambero Rosso (którego do niedawna Slow Food był partnerem?). Chcą być alternatywą dla włoskiej enologicznej biblii, a wszystko w duchu walki z globalizacją i w zgodzie z trendami slow.Twórcy przewodnika nie każą sobie przysyłać win, nie organizują wielkiej degustacji, natomiast osobiście odwiedzają włoskie winnice (ponad 1800 w edycji 2011) i na podstawie obserwacji opiniują nie tylko wina, lecz także producentów. Rezygnują z chłodnej punktacji na rzecz oceny jakościowej (emocjonalnej pewnie też), której składowymi są praca ludzka, metody uprawy czy stylistyka, w jakiej utrzymane są wina. Kryteria niezwykle płynne.
Problem nie w tym czy ślimak zje krewetkę, bo nie zje. Problem jest w zaufaniu, którego osobiście miałabym do tej książki więcej, gdyby nie ta cała wrzawa wokół niej, gdyby nie to, że swoimi narodzinami przeczy slow-ideom, na które powołują się jego twórcy. Gdyby nie to, że po premierze książki jest wykwintna kolacja, a tam promują się wyróżnieni przez Slow Wine winiarze. Wszystko godne wielkiego marketingowego tworu i krzykliwych eko-etykiet na butelkach, a pasowałaby tu cicha skromność.
Cenię działalność Slow Food, choć aktywnie nie przyłączam się do niej. Może będę sobie cenić także Slow Wine, kto wie, póki co nie mam zdania na ten temat. Mam natomiast obawy.
![]() |
| slowfood.com |
Problem nie w tym czy ślimak zje krewetkę, bo nie zje. Problem jest w zaufaniu, którego osobiście miałabym do tej książki więcej, gdyby nie ta cała wrzawa wokół niej, gdyby nie to, że swoimi narodzinami przeczy slow-ideom, na które powołują się jego twórcy. Gdyby nie to, że po premierze książki jest wykwintna kolacja, a tam promują się wyróżnieni przez Slow Wine winiarze. Wszystko godne wielkiego marketingowego tworu i krzykliwych eko-etykiet na butelkach, a pasowałaby tu cicha skromność.
piątek, 17 grudnia 2010
9; Viña Ardanza 2001 Reserva Especial; La Rioja Alta
Oenology fiction c.d.
Julien długo nie dostrzegał powolnego i bolesnego odrywania się jaźni ciotki Margot od rzeczywistości, a kiedy zorientował się w jej cichym cierpieniu, pozostało z niej już tylko na wpół żywe, wychudzone ciało, którego jedyną strawą w godzinie śniadania, obiadu i kolacji, było wino. Lata, które chłopiec poświęcił na edukację, a później pracę w znakomitych winnicach w Rioja Alta, ciotka zakrapiała bez umiaru, by pisać do niego listy pełne chłodnych faktów o stanie winorośli, ilości deszczu, przeplatanych szyderczymi dygresjami o romansach sąsiadów i wybrykach miejscowego proboszcza. Nigdy nie wzbudziła w Julienie podejrzeń powtarzalność pożegnania: Wszystko tu dobrze. W rzędzie zgrabnych znaków omdlewał jedynie ten ostatni, rzucał się rozpaczliwie w otchłań kartki, a tuż przy jej dnie zwalniał i opadał miękko lotem piórka na zmysłową krągłość pierwszej litery imienia ciotki.
Czas, który pozwolił chłopcu dojrzeć w otoczeniu krzewów graciano, nie oszczędził ciotki Margot. Zmatowił oczy, które w pamięci Juliena były żywe i lśniące, odebrał głos i pożarł całą kobiecość ciała, pozostawiając innym jedynie rozchwiany szkielet, dla którego każdy krok stanowił niewyobrażalne wyzwanie. Widok ciotki po latach nieobecności w domu wydał mu się niezwykle smutny: ten żywy, nieustannie drgający patyk jak na ironię wciąż nosił loki w kolorze złota, będąc karykaturą siebie sprzed lat; myślami zaś, o ile były w głowie tego trupa jakieś jeszcze myśli, błądził zbyt daleko, by ktokolwiek chciał go szukać.
Po kilku dniach od powrotu do domu Julien zorientował się, że ciotka co noc wymyka się do ukochanej parceli i wypowiada w przestrzeń rozpaczliwe monologi, adresowane do Aitora. Coś kazało mu towarzyszyć jej w ukryciu, wsłuchiwać się w płacz Margot w obezwładniającym zawstydzeniu. Pewnej nocy, kiedy ukryty wśród winorośli czekał końca tego rytuału, usłyszał przeraźliwy krzyk ciotki. Zerwał się na równe nogi i zaczął biec w kierunku, z którego dochodził pisk. Nagle zobaczył Margot, szarpiącą zapamiętale swoje złote, gęste włosy, miotającą się między krzewami rieslinga, jakby targaną jakąś niezwykłą siłą. Julien podbiegł do niej i próbował uspokoić, ale nie reagowała; dopiero po kilku próbach udało mu się powalić ją na ziemię, lecz musiał odczekać chwilę przyciskając ją do ziemi, dopóki nie przestała wyrywać się i wściekle walić pięściami w intruza. Kiedy poddała się i leżała bez ruchu, zaczął uważnie oglądać jej pokaleczoną głowę. Z pszenicznych pukli wyplątał małego, żywego wciąż nietoperza.
Następnego ranka osobiście obciął ciotce włosy, których nie dało się uratować. Wygolił je niemal przy samej skórze nadając ostatni szlif szaleństwu Margot, która nie odezwała się przy tym ani jednym słowem. Kilka dni później jedna z najemnych pracownic znalazła martwą ciotkę Juliena w winnicy, zwiniętą w kłębek jak zmarznięte, smutne dziecko, tulącą butelkę niedopitego wina. Krew z precyzyjnie otwartych żył zdążyła już nabrać jagodowej barwy i wpełznąć między łupki.
c.d.n.
Julien długo nie dostrzegał powolnego i bolesnego odrywania się jaźni ciotki Margot od rzeczywistości, a kiedy zorientował się w jej cichym cierpieniu, pozostało z niej już tylko na wpół żywe, wychudzone ciało, którego jedyną strawą w godzinie śniadania, obiadu i kolacji, było wino. Lata, które chłopiec poświęcił na edukację, a później pracę w znakomitych winnicach w Rioja Alta, ciotka zakrapiała bez umiaru, by pisać do niego listy pełne chłodnych faktów o stanie winorośli, ilości deszczu, przeplatanych szyderczymi dygresjami o romansach sąsiadów i wybrykach miejscowego proboszcza. Nigdy nie wzbudziła w Julienie podejrzeń powtarzalność pożegnania: Wszystko tu dobrze. W rzędzie zgrabnych znaków omdlewał jedynie ten ostatni, rzucał się rozpaczliwie w otchłań kartki, a tuż przy jej dnie zwalniał i opadał miękko lotem piórka na zmysłową krągłość pierwszej litery imienia ciotki.
Czas, który pozwolił chłopcu dojrzeć w otoczeniu krzewów graciano, nie oszczędził ciotki Margot. Zmatowił oczy, które w pamięci Juliena były żywe i lśniące, odebrał głos i pożarł całą kobiecość ciała, pozostawiając innym jedynie rozchwiany szkielet, dla którego każdy krok stanowił niewyobrażalne wyzwanie. Widok ciotki po latach nieobecności w domu wydał mu się niezwykle smutny: ten żywy, nieustannie drgający patyk jak na ironię wciąż nosił loki w kolorze złota, będąc karykaturą siebie sprzed lat; myślami zaś, o ile były w głowie tego trupa jakieś jeszcze myśli, błądził zbyt daleko, by ktokolwiek chciał go szukać.
Po kilku dniach od powrotu do domu Julien zorientował się, że ciotka co noc wymyka się do ukochanej parceli i wypowiada w przestrzeń rozpaczliwe monologi, adresowane do Aitora. Coś kazało mu towarzyszyć jej w ukryciu, wsłuchiwać się w płacz Margot w obezwładniającym zawstydzeniu. Pewnej nocy, kiedy ukryty wśród winorośli czekał końca tego rytuału, usłyszał przeraźliwy krzyk ciotki. Zerwał się na równe nogi i zaczął biec w kierunku, z którego dochodził pisk. Nagle zobaczył Margot, szarpiącą zapamiętale swoje złote, gęste włosy, miotającą się między krzewami rieslinga, jakby targaną jakąś niezwykłą siłą. Julien podbiegł do niej i próbował uspokoić, ale nie reagowała; dopiero po kilku próbach udało mu się powalić ją na ziemię, lecz musiał odczekać chwilę przyciskając ją do ziemi, dopóki nie przestała wyrywać się i wściekle walić pięściami w intruza. Kiedy poddała się i leżała bez ruchu, zaczął uważnie oglądać jej pokaleczoną głowę. Z pszenicznych pukli wyplątał małego, żywego wciąż nietoperza.
Następnego ranka osobiście obciął ciotce włosy, których nie dało się uratować. Wygolił je niemal przy samej skórze nadając ostatni szlif szaleństwu Margot, która nie odezwała się przy tym ani jednym słowem. Kilka dni później jedna z najemnych pracownic znalazła martwą ciotkę Juliena w winnicy, zwiniętą w kłębek jak zmarznięte, smutne dziecko, tulącą butelkę niedopitego wina. Krew z precyzyjnie otwartych żył zdążyła już nabrać jagodowej barwy i wpełznąć między łupki.
c.d.n.
poniedziałek, 13 grudnia 2010
zbadaj się
Z uprzejmości dla Pana Gabriela z turnusu trzeciego oraz firmy fewreasons.com (właściciela tego serwisu) załączam link do badań nad zwyczajami związanymi z kulturą wina w Polsce.
Nie pytam komu do czego posłuży ten raport, być może Pan Gabriel sam nam opowie, mogę tylko potwierdzić, że ankieta czasochłonną nie jest.
![]() |
niedziela, 12 grudnia 2010
drink responsibly, laugh recklessly
W grudniu rośnie sprzedaż czekolady, kawy i kloców Lego. Rośnie też sprzedaż wina - napój to procentowy, lecz nie tak przaśny jak piwo, a przy tym można nabyć go za cenę niższą, niż choćby rozpoznawalną whisky. Prezent to idealny dla pracownika, pracodawcy, sąsiadki, przyjaciela czy teściowej. Dopieści taże poważnego Klienta. Wstukana w Google fraza wino na prezent daje sensowne (tu: adekwatne) wyniki, odsyłając na strony sklepów z winem, fora, blogi.Winiarsie avoniki rozkładają szybim gestem bogaty wachlarz ofert, zestawów dwóch win. Trzech win. Sześciu win.
Wino to faktycznie miły prezent, zawsze się z niego cieszę. Jednak obdarowywani dzielą się na setki grup i trudno mieć pewność, że wybrana butelka będzie tą jedyną, właściwą, choć poradników jak uniknąć skuchy trochę w sieci jest, głównie w duchu lajfstajlowego small talku. Osobiście odradzałabym pakowanie wina w ręcznie (przez Chińczyka?) robione skrzyneczki oraz dywagacje czy obdarowywana osoba odróżni starzoną w akacji malvaziję od Chablis Premier Cru i czy wie ile wina wypija rocznie przeciętny Macedończyk. To bez znaczenia, jeśli i tak mało o sobie wiemy, a fakt, że dla kogoś wina dzielą się jedynie na czerwone i białe ostatecznie nie jest niczym złym.
Nie wiem czy istnieją w Polsce takie firmy jak ta, oferujące projekty etykiet do wina z zabawnymi (czasem) napisami. Żadnej nie znalazłam, lecz szukałam pobieżnie, z uwagi głównie na to, że samodzielne zaprojektowanie napisu i wydruk na samoprzylepnym papierze nie jest szczytem wysiłku. Można to więc zrobić samemu, własnymi ręami, wyobraźnią i sercem.
Może by więc kupić wino według własnego gustu i odziać je w palto miłych życzeń, czułych zgryźliwości, przymrużeń oka? I wypić je razem, dobre ono czy nie, śmiejąc się bez umiaru.
Wino to faktycznie miły prezent, zawsze się z niego cieszę. Jednak obdarowywani dzielą się na setki grup i trudno mieć pewność, że wybrana butelka będzie tą jedyną, właściwą, choć poradników jak uniknąć skuchy trochę w sieci jest, głównie w duchu lajfstajlowego small talku. Osobiście odradzałabym pakowanie wina w ręcznie (przez Chińczyka?) robione skrzyneczki oraz dywagacje czy obdarowywana osoba odróżni starzoną w akacji malvaziję od Chablis Premier Cru i czy wie ile wina wypija rocznie przeciętny Macedończyk. To bez znaczenia, jeśli i tak mało o sobie wiemy, a fakt, że dla kogoś wina dzielą się jedynie na czerwone i białe ostatecznie nie jest niczym złym.
![]() |
| Cerebral Itch Wine Labels |
Może by więc kupić wino według własnego gustu i odziać je w palto miłych życzeń, czułych zgryźliwości, przymrużeń oka? I wypić je razem, dobre ono czy nie, śmiejąc się bez umiaru.
czwartek, 2 grudnia 2010
miś korkowy
Trudno być mamą przedszkolaka: te zebrania, prace domowe, pierwsze miłości. Dobrze, że przynajmniej z piciem wina nie muszę się kryć :)
Na temat wychowania w trzeźwości mam swoje zdanie i wyrażałam je już kiedyś. Absurdem wydaje mi się wciskanie młodzieży wina bezalkoholowego, co było zamysłem twórców WineZero - swoją drogą ciekawią mnie dalsze losy tego wynalazku. Podobają mi się natomiast inicjatywy hiszpańskich prducentów wina, którzy organizują winobranie dla dzieci i rodziców (kiedyś eventy tego typu robiła bodega Domínguez Cuarta Generación, DO Tacoronte-Acentejo). Maluch może przyjść, złapać za sekator, zebrać trochę owoców, pokaleczyć się i pobrudzić jak przystało na dziecko. Potem może też gnieść te owoce małymi stopami, jak to się robiło dawno, dawno temu.
W gestii rodzica pozostaje to, czy przy okazji opowie mu o zaletach wina oraz konsekwencjach spożywania i nadużywania alkoholu. Poprzez osobisty udział w produkcji wina na każdym jej etapie dziecko uczy się nie tylko tego, jak powstaje ten produkt rolniczy, ale tez zdobywa wiedzę o uprawie winorośli, szczepach, historii wina, metodach produkcji. Nie może jedynie wina spróbować (dostrzegam tu pewną analogię do wychowania seksualnego). O książkowej wersji takiej zabawy pisał kiedyś Sławek Chrzczonowicz, nie wróżąc jej jednak wielkiej przyszłości w Polsce.
Edukację poprzez zrywanie tabu proponują także niektórzy politycy i naukowcy we Francji: jednym z rekomendowanych rozwiązań, mających przeciwdziałać rozwijaniu się choroby alkoholowej wśród młodych Francuzów jest nauczanie o winie poprzez wykłady i degustacje. Bynajmniej nie jest to naiwne myślenie, że konsumpcja w ten sposób spadnie - na pewno jednak będzie bardziej świadoma, a to już krok do przodu.
W ramach zrywania tabu odrobiłam z synem pracę domową z okazji Międzynarodowego Dnia Pluszowego Misia (?!), używając korków. Następnym razem pokoloruję z nim te obrazki.
Na temat wychowania w trzeźwości mam swoje zdanie i wyrażałam je już kiedyś. Absurdem wydaje mi się wciskanie młodzieży wina bezalkoholowego, co było zamysłem twórców WineZero - swoją drogą ciekawią mnie dalsze losy tego wynalazku. Podobają mi się natomiast inicjatywy hiszpańskich prducentów wina, którzy organizują winobranie dla dzieci i rodziców (kiedyś eventy tego typu robiła bodega Domínguez Cuarta Generación, DO Tacoronte-Acentejo). Maluch może przyjść, złapać za sekator, zebrać trochę owoców, pokaleczyć się i pobrudzić jak przystało na dziecko. Potem może też gnieść te owoce małymi stopami, jak to się robiło dawno, dawno temu.
W gestii rodzica pozostaje to, czy przy okazji opowie mu o zaletach wina oraz konsekwencjach spożywania i nadużywania alkoholu. Poprzez osobisty udział w produkcji wina na każdym jej etapie dziecko uczy się nie tylko tego, jak powstaje ten produkt rolniczy, ale tez zdobywa wiedzę o uprawie winorośli, szczepach, historii wina, metodach produkcji. Nie może jedynie wina spróbować (dostrzegam tu pewną analogię do wychowania seksualnego). O książkowej wersji takiej zabawy pisał kiedyś Sławek Chrzczonowicz, nie wróżąc jej jednak wielkiej przyszłości w Polsce.
Edukację poprzez zrywanie tabu proponują także niektórzy politycy i naukowcy we Francji: jednym z rekomendowanych rozwiązań, mających przeciwdziałać rozwijaniu się choroby alkoholowej wśród młodych Francuzów jest nauczanie o winie poprzez wykłady i degustacje. Bynajmniej nie jest to naiwne myślenie, że konsumpcja w ten sposób spadnie - na pewno jednak będzie bardziej świadoma, a to już krok do przodu.
W ramach zrywania tabu odrobiłam z synem pracę domową z okazji Międzynarodowego Dnia Pluszowego Misia (?!), używając korków. Następnym razem pokoloruję z nim te obrazki.
Subskrybuj:
Posty (Atom)




