środa, 24 listopada 2010

8; Schieferterrassen 2009; Heymann-Löwenstein


Ze swego cichego, alzackiego dzieciństwa Julien pamiętał niezwykle mało – czy to z powodu zbyt nagłej przeprowadzki do Niemiec, czy natarczywej gładkości ciała wiecznie smutnej ciotki Margot, która zdominowała jego wczesną młodość, i która – zapewne nieświadomie – tuliła go wieczorami w ten sam sposób, w jaki robiła to wcześniej matka. Obsadzone rieslingiem strome zbocza stanowiły idealną pożywkę dla wybujałej wyobraźni chłopca. W czułych objęciach winorośli, ukryty przed światem, tysiące razy wyimaginowaną ręką strącał matkę w otchłań szemrzącej w dolinie Mozeli patrząc, jak porywa ją wartki nurt rzeki, tak samo bezlitosnej i niezdolnej do wybaczenia samobójczego grzechu, jak wówczas młody Julien.

Ciotka Margot zwykła budzić się o świcie i z czułością gładzić puste miejsce w wielkim łóżku, niegdyś dzielonym z mężem – potężnym baskijskim góralem o imieniu Aitor, który przybył nad Mozelę już jako doświadczony winiarz.
- Ty wszystko wiesz o winie. – powiedziała kiedyś z podziwem ciotka Margot podczas jednej z wypraw na Saarę - Jakim cudem?
- To dlatego, że dużo palę. – zaśmiał się głośno Aitor, przypalając papierosa.
- Co to ma wspólnego z winem?
- Ja dużo palę w winnicy – Aitor zaśmiał się jak zwykle z własnych kiepskich żartów, odsłaniając białe, zdrowe zęby i wypuszczając potężną chmurę tytoniowego dymu wprost w jasne loki Margot. 


Aitor pracował z wielką pasją i szybko stał się jednym z najbardziej szanowanych producentów wina w regionie. Ciotka Margot dostała winiarską wiedzę niepostrzeżenie, podczas licznych monologów i żartów Baska, leżącego półnago na chłodnych łupkach, spełnionego i rysującego enologiczne fakty palcem na jej ciepłym jeszcze udzie. Tydzień przed tajemniczym zniknięciem Aitora okazało się, że zwykł uczyć w ten sposób nie tylko ją.

Julien mógł jedynie domyślać się baskijskiej krwi na rękach ciotki Margot, która po zniknięciu męża przejęła winnicę i w krótkim czasie stworzyła nowe wino z owoców z pojedynczej parceli, w której osobiście pielęgnowała stare krzewy z oddaniem właściwym jedynie szaleńcom. Nieraz śmiała się, że to wino ma mocną budowę Baska, ziołową kwasowość jego krwi i cukier komplementów.
- Zupełnie jakby zapadł się pod te łupki i karmił winorośl własnym ciałem. – zażartowała pewnej zimnej nocy, kiedy, dzieląc zwykłą bezsenność z młodym Julienem, uczyła go wszystkiego, czego zdołała dowiedzieć się o winie w swoim smutnym życiu. Wtedy Julien poczuł, że wraz ze smakowanym rieslingiem, płynie przez jego przełyk gorąca iskra strachu. Pozostało po niej maleńkie, nieczułe znamię lęku na dnie żołądka.

niedziela, 21 listopada 2010

najważniejsze jest niewidoczne

Zwłaszcza dla niewidomego.

Z okazji Grand Prix Magazynu Wino 2010 sporo się ostatnio pisało o degustacjach, zwłaszcza w ciemno. To ewolucyjne kuriozum, że świadomie pozbawiamy się zmysłów.

Zdjęcie: Baud.es
Codzienne życie niewidomego nie ma wiele wspólnego z zabawą, to raczej bezlik wyzwań (widać to choćby podczas dziesiejszych wyborów), którym nie sposób sprostać bez wsparcia ludzi pełnosprawnych. W ciekawej symbiozie powstają wina LazarusWine, tworzone we współpracy z niewidomymi degustatorami, których zmysł smaku i węchu jest znacznie bardziej wrażliwy, niż przeciętnego człowieka. Wina LazarusWine powstają metodą sensoryczną, w której, mówiąc w dużym skrócie, zwyczajowe analizy chemiczne zastępuje analiza sensoryczna, przeprowadzana przez odpowiednio przeszkolone osoby niewidome (pierwszy raz metode tą zastosował Antonio Tomás Palacios w Bodegas Edra de Huesca, który w ramach Facultad de Enología de la Universidad de la Rioja kształci niewidomych bądź niedowidzących w dwóch specjalizacjach). LazarusWine robi dwa wina: Etiqueta Naranja (merlot i syrah) oraz Etiqueta Negra (merlot, syrah i tempranillo).

Zdjęcia: Baud.es
Nie piłam żadengo z win LazarusWine, piszę o nich z innej przyczyny. Etykiety zostały przygotowane z myślą o konsumentach niewidomych (opisane Braille'em) oraz bardzo słabo widzących (jaskrawy i jednolity kolor, brak wzorów i wypukłości innych, niż napis w alfabecie Braille'a). Odpowiednio oznaczone są także szyjki butelek.

Że zostały nagrodzone za design, to już mniej istotny, choć miły szczegół.

Fajnie byłoby, gdyby takie opisywanie etykiet było standardem.

czwartek, 18 listopada 2010

kto nie pije nouveau...

...niech pierwszy rzuci kamieniem.

O Beaujolais Nouveau wiadomo tyle, że wchodzi jak woda i bije jak kłoda. Mistrzowie marketingu latami wywierali presję na biednego konsumenta, dociskali go tygodniami, by pękł w trzeci czwartek listopada i zakupił landrynkowego cienkusza. Popularnemu Beaujolais do głowy uderzyła rynkowa sodówka i dziś więcej niż trzecia część produkcji w tym ciekawym regionie to właśnie Nouveau.


Przyjmuję do wiadomości zdania odmienne, mądre definicje momentu, od którego zaczyna się wino. Snobowanie się Beaujolais Nouveau śmieszy mnie tak bardzo, jak każdy inny snobizm; nie czuję też presji, że powinnam napić się bożo. Nie wyrzeknę się jednak mojej miłości do młodego wina, bo wpisuje się ono w pewną przyjemną całość: wina jako czystej radości, napoju który bawi, łączy, jest tani, prosty i dostępny; pozwala odpocząć po ciężkiej pracy. Rozwiązuje języki, sznurówki, sukienki.

Wypiłam Beaujolais Nouveau. Zaliczyłam kakofonię kiczowatych zapachów, przymknęłam oko na cienkość ciała i durnowaty kolor. Jutro z pewnością rozboli mnie głowa. Trzeci piątek listopada powinien być dniem wolnym od pracy.

środa, 17 listopada 2010

pijąc sauvignon z marlborough

Nie mnie decydować o celowości winnych konkursów - ostatecznie czerpię z wina plebejską przyjemność, a konkursy i punkty traktuję jako ciekawostkę. Podoba mi się jednak, jak wino degustowane w ciemno obnaża swoje wady i zalety, pozbawione broni w postaci etykiety; pozwala zmysłom w spokoju cierpieć, bezkarnie buntować się i szczerze cieszyć. Nie pozwala natomiast nastawiać się, oczekiwać, manipulować poprzeczką wymagań. To pouczające.


Takie miałam odczucia po degustacji win nominowanych do Grand Prix Magazynu Wino 2010. Choć nie mam złudzeń, że moje wybory pokryją się z opinią większości, to jednak było to dla mnie przeżycie osobiste: cava wygrywa z szampanem, polski pinot gris  miażdży nowozelandzkie sauvignon blanc, a hiszpański byk ściera w pył porządnego pessaca. Istne szaleństwo. A takie szaleństwo w rytmicznym życiu wina, gdzie granic porządku strzegą apelacje, etykiety, nazwiska wcale nie zdarza się często.

Przyjemnie było pozbawić się wzroku i po raz kolejny ze stwierdzić, jakimi jesteśmy więźniami konwenasów, punktacji i mody. Albo jacy jesteśmy wierni sobie na co dzień.

piątek, 5 listopada 2010

ale wkręt!

Magazyn Wino wrzucił na Facebooku link do artykułu o limitowanej edycji wkrętarek Boscha. Dlaczego? Dlatego:


Genialne, chciałoby się rzec. U mnie wywołało mimowolny uśmiech, bo nie dalej jak rok temu będąc na wsi (w środku lasu w zasadzie, więc wieś to pewna egzageracja), usiłowaliśmy z mężem w jakiś sposób otworzyć wino. Oczywiście nie mieliśmy korkociąga. Użyliśmy wkrętarki (nie Boscha) i wkręta oraz kombinerek, udało się. Wino wypilismy z włocławkowych kubków.

Bosch jest nieco bardziej wysublimowany, dołozył drewniane pudełko i kilka kryształków Swarovskiego. W końcu to wkrętarka jubileuszowa, powinna być droga i efektowna. Swoją drogą to pokazuje, że w każdej branży znajdą się snobistyczne targetgrupy - to Ci sami ludzie, którzy kupią wino z etykietą ozdobioną Swarovskim i będą pić szampana z kryształowych pantofelków projektu Louboutina, strzelając wcześniej korkiem i lejąc pianę. Korkociąg Boscha ma jednak pewną przewagę: o ile każdą wkrętarką da się otworzyć wino, o tyle nie każdym korkociągiem da się przykręcić śrubkę.

A proposito otwierania wina bez użycia korkociąga: czy ktoś próbował barbarzyńskiej metody z uderzaniem butem w denko butelki? Jakie inne sposoby znacie?

środa, 3 listopada 2010

o modzie i ofiarach

O tym, że wino nie sprzedaje się samo, pisałam już kilka razy. Podobnie jak o tym, że zawartość butelki to tylko część tego, co kupujemy, jakiś procent sukcesu producenta. Ale ja często błądzę.

Tym bardziej cieszy mnie, że nie jestem w mojej opinii odosobniona. Matt Kramer spisał dość precyzyjnie swoje obserwacje na temat wizerunku wina z poszczególnych krajów, posiłkując się głównie przykładem włoskich win i mody. 2-3 dekady temu wina włoskie dalekie były od sukcesu - muszę tu wierzyć Kramerowi i innym mądrym, gdyż z tego czasu pewnikiem jest dla mnie tylko to, że sie urodziłam. Królowała Francja. Kramer twierdzi, że to nie jest jedynie zasługą jakości wina, lecz generalnie francuskiego stylu życia i bycia: Francuzi mieli wówczas swoistą wyłączność na perfumy, kosmetyki, modne ciuchy, mistrzów kreacji, sztukę i literaturę. Kupowanie francuskiego wina było niejako aspirowaniem do bycia Francuzem, chęcią łyknięcia tego luksusu.


Włoskie tuzy konsumpcjonizmu, jak Armani, Prada, Ferrari, Garavani, Pucci, Missoni czy Versace (zanim Gianni zmarł, a Donatella zaczęła za życia przypominać kiepsko zachowaną mumię) przyczyniły się do popularyzacji włoskiej kultury, nieznośnej, a przy tym eleganckiej, lekkości bytu oraz wina. Popularność może się skończyć różnie: zmusić do podtrzymania jakości lub pozwolić na stopniowe obniżanie lotu, a wreszcie szorowanie brzuchem po ziemi z pieśnią o wysokiej jakości na ustach. A jakże!

Winiarskie fashion victims to fakt i, paradoksalnie, stan ten zaostrzył się w dobie globalizacji..

Zastanawia mnie zatem, co mogłaby, oprócz dobrego wina, sprzedać Polska.