niedziela, 31 października 2010

powrót

Dotarło do mnie ostatnio, że lada moment wino będzie musiało zmierzyć sie z poważnym wrogiem. Z tym samym, z którym teraz boryka się papieros. Ten wróg to państwo nadopiekuńcze.

Natknęłam się w sieci na informacje, które zdają się być tego zapowiedzią. Argentyńscy winiarze (żeby daleko nie szukać!), moi mistrzowie w sprzedawaniu siebie, o czym już wspominałam, już dziś mają kłopot z wydobyciem pieniędzy na promowanie swoich produktów poza granicami kraju. Jednym z argumentów w dyskusji są wszechobecne kampanie, przeciwdziałające nadmiernemu spożyciu alkoholu, zwłaszcza wśród ludzi młodych - i to właśnie to zaprząta moją głowę.


Przyznam, że mam z tym pewien problem: wino staje się przedmiotem tej dyskusji, choć zgodnie z badaniami stanowi znikomy procent używek spożywanych przez tak zwaną młodzież. To z kolei zdaje się tylko potwierdzać opinie samych winiarzy, którzy stają na głowie, by zwiększyć sprzedaż wśród ludzi poniżej 30-35 roku życia. Coś się tu nie klei, prawda? Z drugiej strony moje chłodne korzenie nie pozwalają mi założyć, ot tak, po prostu, że wino to zwykły produkt spożywczy (choć z pewnością nie jest tym samym, co papieros czy wódka).

Z powyższym na pewno ma problem trochę rodziców. Na pytanie Czym zajmuje się Twoja mama? zadane w sali pełnej ludzi podczas uroczystego pasowania na przedszkolaka, mój syn (zuch chłopak!) odparł Mama pisze i pije tempranillo. Nastała krępująca cisza. Czekam na telefon od wychowawczyni, będę jej tłumaczyć skąd mój syn wie jak się robi wino, beczki i korki.

czwartek, 21 października 2010

poniedziałek, 11 października 2010

plastik fantastik

Konsumencka wytrzymałość testowana jest bez przerwy. Ostatnio dyskutowaliśmy o enonudystach, dla równowagi więc dziś biegun przeciwny: kontrowersje wokół nich są zawsze czy to z niewiedzy, czy z nieufności, czy też zupełnie słusznie. Mowa o innowacjach. Do korka DIAM, który ma zwolenników i przeciwników, kapsla, zakrętki, opakowania Bag in Box, puszki czy kega dołącza poręczny, plastikowy kieliszek. Wypełniony winem, zapieczętowany. Jak jogurt.


Zdarzało mi się pić wino w plastikowym kieliszku - na pikniku, na jakiejś ogródkowej imprezie. Da się to przeżyć, o ile jest alternatywą dla bezczelnego picia z gwinta, prawda? Rozwiązuje też problem (chyba częsty) braku możliwości kupna niewielkiej ilości wina podczas imprez turystycznych, gdzie, również z racji pojemności, dominuje piwo lub gotowe drinki w butelkach/puszkach. Wynalazek może się także okazać przydatny w samolotach, gdzie wprawdzie można kupić wino w niewielkiej butelce, ale gotowe kieliszki usprawniłyby pracę personelu, zmniejszyły ilość śmieci i pewnie istotnie wpłynęły na asortyment. Pomysł banalny, a ile zastosowań.

Co ciekawe - James Nash, pomysłodawca nowego opakowania, usiłował namówić do inwestycji członków jury w biznesowym reality show Dragons'Den (produkcja BBC), jednak nie udało mu się. Usłyszał od wyjadaczy, że nikt nie kupi wina w plastikowym kieliszku.



Interes jednak, chciałoby się rzec: jak zwykle, zwęszyła sieć sklepów Marks&Spencer, która na brytyjskim rynku oferuje już sprzedaż wina w takim opakowaniu i to z ogromnym sukcesem. Le Froglet znika z półek natychmiast i zakładam, że nie jest to zasługa wina, bo to jest dostępne również w klasycznej, szkalnej butelce.

Czy to jest fajne?

czwartek, 7 października 2010

enonudyzm

Nie będę udawać - pewna część mnie jest winnym odmieńcem, może wręcz anarchistą. Uwielbiam plebejską, prostą radość z win za dychę (ile razy w tygodniu tęsknię za obaleniem taniego wina z kumplami z ogólniaka? kto zgadnie?), a naturalny korek chętnie zamieniłabym choćby na kapsle - jako konsument często myślę przez pryzmat własnych korzyści. Są jednak rzeczy, które nie mieszczą się w dość tolerancyjnych granicach mojego umysłu (tak, ma granice, żałuję). I o ile biodynamika to dla mnie nieszkodliwa winna homeopatia, o tyle skrajnego trendu, winnego nudyzmu, pojąć nie mogę.

Wino naturalne w zasadzie nie ma definicji. Najczęściej powstaje w niewielkich ilościach, tworzone przez organicznych bądź biodynamicznych winiarzy, ale nie posiada żadnych certyfikatów. Bynajmniej nie chodzi też o ekologię: producenci tłumaczą to potrzebą ekspresji terroir, warunków klimatycznych w regione w danym roku, indywidualizmu, wyzwolenia wina z niewoli norm i postępu. Uprawa jest więc organiczna, fermentacja swobodna i naturalna, drożdże wyłącznie autochtoniczne, żadnej manipulacji fizycznej, filtracji czy dealkoholizowania, dodawania cukru. Żadnych siarczynów - wyłącznie znikoma ilość tych, które powstają w sposób naturalny. Wino puszczone w samopas. Wyemancypowane. Jak widać świat nie kończy się na biodynamice.


Jeśli to czyjeś hobby, to nic mi do tego, mogę potraktowac naturalne wino jak dziwadło w cyrku. A gdy ktoś to sprzedaje, robię się podejrzliwa. Mam wrażenie, że to robienie kroku w tył, jakbyśmy teraz, po stuleciach postępu, znów otwierali czaszkę za pomocą młotka, by zoperować mózg. Na żywca, naturalnie..

sobota, 2 października 2010

kolej rzeczy

Trochę się polscy winofile czasem sprzeczają na temat tego, jak mówić o winie i gdzie leżą granice metafory. Coraz częściej odnoszę wrażenie, że spór ten jest nie na miejscu - zanim się pobiegnie, należy nauczyć się chodzić. O ile w otoczeniu starych wyjadaczy (wypijaczy raczej...) z językiem można poszaleć, spoufalić się trochę ze sobą, poprześlizgiwać na powierzchni metafor, wdać w onomatopeiczny flirt, o tyle nieznajomym wypadałoby się najpierw przedstawić.

Winesur to mój trzeci argentyński mistrz marketingowy po Vino Argentino i Diego Maradonie, a ich  My Wine Story to  naprawdę niezłe działanie promującę argentyńskie wino w sieci, czyli na świecie. Założenie było proste: twórcy portalu umożliwili producentom opowiedzenie historii marki/etykiety, w sposób dowolny, byle zmieścili się w 100 słowach. Powstał z tego śliczny patchwork w barwach albicelestes: historyjki poważne, zabawne, z sensem i bez sensu, tradycyjne i nowoczesne, z nawiskiem lub anonimowe, pozwalające mówić samemu winu.


Site ma charakter promocyjny, ale nie jest bezczelny - raczej bazuje na prostej ludowej prawdzie, że chętniej kupujemy to, o czym cokolwiek wiemy. Wilk jest więc syty. Owca natomiast pozostaje cała - lektura jest na tyle lekka, że może z powodzeniem zastąpić poranny przegląd Pudelka przy kawie. Najwięcej jednak zyskuje argentyńskie wino, które przestaje być anonimowe, opowiada swoją historię, prowadzi dialog, podaje rękę.

Bo w sumie fajnie się przedstawić przed skonsumowaniem, hmm?