Whatever, idę z Tobą.
Pisze się o owadzie raz lepiej, raz gorzej. Wina z dyskontu są jak Marmite- kochane lub nienawidzone, dobre lub złe, przy czym Biedronka definiuje dobre i złe na nowo, nie wzlatując powyżej 20 pln, co doskonale wpisuje się w raczkującą kulturę wina w Polsce, kraju nie za bogatym i dość opornym, gdy idzie o naukę wina. Dziś kolejne butelki z cyklu Na co wydać dychę lub dwie, wszystkie z Półwyspu Iberyjskiego, bo w Biedronce trwa feistiwal win hiszpańskich:
Guti Verdejo 2009 (DO Rueda) jest świeże i lekkie, verdejowo goryczkowe, trochę grejpfruitowe, cytrynowe. Kontretykieta wprawdzie głosi, że wino charakteryzuje słomkowy i intensywny bukiet, ale jest to, że tak powiem, pewne nadużycie. Cóż, nad językiem wina wciąż musimy popracować. Monte da Serra (rocznika brak, szczepu brak; producent twierdzi, że to Trincadeira, Bual de Alicante i Fernão Pires) to zawodnik portugalski i mógłby stanąć w szranki z Carlo Rossi o tytuł najbrzydszej etykiety na świecie, ale przekonuje ciekawym wnętrzem lekkoducha. Radosny, świeży, pragnący być vinho verde, starający się, wzbudzający sympatię. A że nie wiadomo do końca, co tam wlali i kiedy? To tylko szczypta adrenaliny potęgująca doznania. Skutecznie.
Ceny biedronkowe, 10-20 pln.
Avaniel to tempranillo i punto. Ale o tym może opowie ktoś, kto wydudnił samolubnie całą butelkę? A jeśli nie, to zawsze pozostaje SStarwines - loża niezrzeszonych degustatorów, którym nie umknie żaden owadzi specjał.
sobota, 28 sierpnia 2010
Quo vadis, Ovadzie?
Etykiety:
białe,
Biedronka,
czerwone,
Hiszpania,
Marks Spencer,
Portugalia,
tanie wino,
verdejo,
vinho verde
czwartek, 26 sierpnia 2010
eks-komunikacja
Artykuł Sławka o niegdysiejszych winnych pojedynkach był dla mnie bodźcem, by pokonać arachno- i akrofobię, przedrzeć się przez mięsiste pajęczyny, wdrapać na starą pralkę i z duszą na ramieniu, na paluszkach, sięgnąć po zapomniany tuwimowski Polski Słownik Pijacki i Antologię Bachiczną. Książka jest w wieku mojego taty i jak on, pozostaje źródłem wielu perełek.
Oto proszę, znalazło się w niej jakże aktualne w dyskusji o promowaniu wina jako radosnego social drink dostępnego dla wszystkich, nie znającego barier hasło Mimiczne Znaki (słownik mimiczny dla głuchoniemych, Warszawa 1879): dla wyrażenia wódki wskazicielem prawym, wysuwając go spod palca wielkiego, uderzyć silnie w gardło na znak ostrości i łyknięcia, z dodaniem migu picia. Dla pijaństwa: po znaku wódki, jako napoju najbardziej odurzającego, i picia, obwodzi się naokoło czoła dłonią prawą z przykurczonymi nieco palcami dla oznaczenia zawrotu głowy. Piwo wyraża się ręką prawą, ułożoną w kształcie naczynia, naśladowując picie i pocieraniem po policzku dla oznaczenia rumieńca z użycia piwa.
I wreszcie wino wyraża się, naśladując ściąganie lewarkiem z beczki: palec wielki i wskazujący ręki prawej składa się przy ustach, te same palce ręki lewej trzyma się w pewnej odległości, niby przy beczce i porusza się nimi nieco, jakby się coś spuszczało i podnosiło.
Z winnej lewitacji także żartuje się w Polsce nie od dziś. W słowniku Juliana Tuwima znalazłam hasło pijable, zaczerpnięte z literatury połowy XIX i będące szydzącym z francuszczyzny, żartobliwy określeniem wina dziś określanego pijalnym - po prostu nadającym się do picia.
Ćwiczenie na wyobraźnię: jak na migi pokazać hasło degustator, pionowe usta, czerstwa czereśnia oraz wino korkowe.
Ja już główkuję.
Oto proszę, znalazło się w niej jakże aktualne w dyskusji o promowaniu wina jako radosnego social drink dostępnego dla wszystkich, nie znającego barier hasło Mimiczne Znaki (słownik mimiczny dla głuchoniemych, Warszawa 1879): dla wyrażenia wódki wskazicielem prawym, wysuwając go spod palca wielkiego, uderzyć silnie w gardło na znak ostrości i łyknięcia, z dodaniem migu picia. Dla pijaństwa: po znaku wódki, jako napoju najbardziej odurzającego, i picia, obwodzi się naokoło czoła dłonią prawą z przykurczonymi nieco palcami dla oznaczenia zawrotu głowy. Piwo wyraża się ręką prawą, ułożoną w kształcie naczynia, naśladowując picie i pocieraniem po policzku dla oznaczenia rumieńca z użycia piwa.
I wreszcie wino wyraża się, naśladując ściąganie lewarkiem z beczki: palec wielki i wskazujący ręki prawej składa się przy ustach, te same palce ręki lewej trzyma się w pewnej odległości, niby przy beczce i porusza się nimi nieco, jakby się coś spuszczało i podnosiło.
Z winnej lewitacji także żartuje się w Polsce nie od dziś. W słowniku Juliana Tuwima znalazłam hasło pijable, zaczerpnięte z literatury połowy XIX i będące szydzącym z francuszczyzny, żartobliwy określeniem wina dziś określanego pijalnym - po prostu nadającym się do picia.
Ćwiczenie na wyobraźnię: jak na migi pokazać hasło degustator, pionowe usta, czerstwa czereśnia oraz wino korkowe.
Ja już główkuję.
Etykiety:
historia wina,
kultura,
Polska,
reklama wina,
wino i marketing
niedziela, 22 sierpnia 2010
(r)ewolucja
Sezon jest ogórkowy, aktywność winnej blogosfery w Polsce przypomina nerwowy stosunek przerywany (z przewagą przerywania). Ale to nic, jeśli en general jest dobrze. A jest, nareszcie.
Swego czasu pisałam o tragicznym, przytłaczającym i grobowym designie etykiet Winnic Jaworek. Winnice wraz z nowymi inwestycjami w Macedonii oraz wypuszczeniem pierwszego wina różowego bardzo odświeżyły swój rynkowy wizerunek. Etykiety po liftingu i botoksie stały się lekkie, czytelne, przyjemne dla oka i jednak (bravo!) nowocześniejsze.
Jaworek przed, w trakcie i po (po pochodzi z bloga Wojtka Bońkowskiego):
Z punktu widzenia rozwoju kultury winiarskiej, wiedzy o winie w Polsce oraz nowoczesnego okołowinnego PRu trudno pominąć także fakt, że w ostatnim tygodniu wystartował rodzimy wideoblog, wzorowany (i nie odżegnujący się od tego) na popkulturowym i globalnym fenomenie Garego Veynerchuka. Prowadzący to Jerzy Kruk, miejsce akcji - jego warszawski sklep z winem i specjałami, 4Senses. Wszystko zdaje się transparentne - prowadzący otwarcie mówi kim jest i przyznaje, że sprzedaje. Czyli reklama? Oczywiście. Przyjemny, rodzimy, winny viral marketing, który na dodatek przemyca wiedzę. Fajnie - oby tak dalej.
Mnie się idea podoba, a wam?
Swego czasu pisałam o tragicznym, przytłaczającym i grobowym designie etykiet Winnic Jaworek. Winnice wraz z nowymi inwestycjami w Macedonii oraz wypuszczeniem pierwszego wina różowego bardzo odświeżyły swój rynkowy wizerunek. Etykiety po liftingu i botoksie stały się lekkie, czytelne, przyjemne dla oka i jednak (bravo!) nowocześniejsze.
Jaworek przed, w trakcie i po (po pochodzi z bloga Wojtka Bońkowskiego):
Z punktu widzenia rozwoju kultury winiarskiej, wiedzy o winie w Polsce oraz nowoczesnego okołowinnego PRu trudno pominąć także fakt, że w ostatnim tygodniu wystartował rodzimy wideoblog, wzorowany (i nie odżegnujący się od tego) na popkulturowym i globalnym fenomenie Garego Veynerchuka. Prowadzący to Jerzy Kruk, miejsce akcji - jego warszawski sklep z winem i specjałami, 4Senses. Wszystko zdaje się transparentne - prowadzący otwarcie mówi kim jest i przyznaje, że sprzedaje. Czyli reklama? Oczywiście. Przyjemny, rodzimy, winny viral marketing, który na dodatek przemyca wiedzę. Fajnie - oby tak dalej.
Mnie się idea podoba, a wam?
wtorek, 17 sierpnia 2010
Romeo, Brutus i Paparazzi
Podczas gdy krajowe winiarstwo raczkuje, podniebieniu polskiego konsumenta zbyt wolno powszednieje woda ognista, a oficjalnym winem zielonogórskiego winobrania jest wino germańskiego oprawcy, inne rynki skupiają się już tylko na kreowaniu wizerunku wina jako takiego i konkretnych etykiet. Jesteśmy daleko w tyle, tempo mamy kiepskie. No i startujemy w za dużych kaloszach podarowanych przez troskliwego ustawodawcę.
O ile moim marketingowym faworytem w kategorii ogólnej była i jest seria reklam Vino Argentino, w kategorii lewitacyjnego snobizmu - design szampana Peiper-Heidsick, a najlepszym viralem - film o połykaniu i wypluwaniu, o tyle MadeInMilan Wine pozostaje absolutnym mistrzem w jednoczesnym uwspółcześnianiu i nawiązywaniu do tradycji.
MadeInMilan stworzyła sobie żywiołową kampanię, w której nie odżegnuje się od tradycji, ale interpretuje ją na nowo i z ogromnym dystansem, czym z pewnością zaskarbi sobie sympatię młodych konsumentów, których odstręcza wszystko, co zbutwiałe (sądzę też, że można w ten sposób inicjować zainteresowanie winem en general). Wszystko jest tu spójne: teksty na stronie www, filmy i plakaty reklamowe (choćby korkociąg flirtujący z butelką), misja (wine is fun so bring your lips closer) i organizowane co jakiś czas eventy. Brawo!
Dodatkowo dopasowują się do rzeczywistości, są emapatyczni, a wicher szalejący w portfelu Klienta nie zrzuca kapeluszy z ich głów. Przekuwają go w sukces:
Da się? Da.
Gdybym miała stworzyć reklamę wina, zaczęłabym od krótkiej animacji na bazie niezłej imprezy namalowanej przez Hieronima Boscha:
A Ty?
O ile moim marketingowym faworytem w kategorii ogólnej była i jest seria reklam Vino Argentino, w kategorii lewitacyjnego snobizmu - design szampana Peiper-Heidsick, a najlepszym viralem - film o połykaniu i wypluwaniu, o tyle MadeInMilan Wine pozostaje absolutnym mistrzem w jednoczesnym uwspółcześnianiu i nawiązywaniu do tradycji.
MadeInMilan stworzyła sobie żywiołową kampanię, w której nie odżegnuje się od tradycji, ale interpretuje ją na nowo i z ogromnym dystansem, czym z pewnością zaskarbi sobie sympatię młodych konsumentów, których odstręcza wszystko, co zbutwiałe (sądzę też, że można w ten sposób inicjować zainteresowanie winem en general). Wszystko jest tu spójne: teksty na stronie www, filmy i plakaty reklamowe (choćby korkociąg flirtujący z butelką), misja (wine is fun so bring your lips closer) i organizowane co jakiś czas eventy. Brawo!
Dodatkowo dopasowują się do rzeczywistości, są emapatyczni, a wicher szalejący w portfelu Klienta nie zrzuca kapeluszy z ich głów. Przekuwają go w sukces:
Da się? Da.
Gdybym miała stworzyć reklamę wina, zaczęłabym od krótkiej animacji na bazie niezłej imprezy namalowanej przez Hieronima Boscha:
A Ty?
Etykiety:
MadeInMilan,
reklama wina,
viral marketing,
wino i marketing,
Włochy
sobota, 14 sierpnia 2010
krawiec szyje ubrania
Na blogu Wojtka Bońkowskiego, pośrednio z powodu Marka Kondrata i Agnieszki Kręglickiej, przelewa się prawdziwy wrzątek komentarzy. Z wrzątkiem trzeba uważać.
Nie będę pisać poematów o tym, że Marka Kondrata lubię, a do Winarium wpadam z powodu miłej obsługi oraz dlatego, że jest to istna oaza kartonowych win na ciągnącej się po horyzont BIBowej pustyni. Dość, że siadając do tego wpisu otworzyłam butelkę Prosecco Brut Antica Quercia z kondratowej kolekcji - wspaniałe wino o doskonałym stosunku jakości do ceny. Nie będę też pisać o przedmiotowym artykule, który czytałam dawno temu i uważam za adekwatny do miejsca jego publikacji. Ostatecznie gorąca blogowa dyskusja dotyka spraw zgoła innych.
Osobiście staram się być cierpliwa wobec tekstów niosących znamiona reklamy bądź promocyjnych wprost, dopóki teksty te pozostają merytorycznie wartościowe i nie urągają Czytelnikowi - ostatecznie PRowiec z czegoś żyć musi, podobnie jak producent, krytyk, bednarz, sprzedawca, dziennikarz czy wydawca branżowego pisma. Wszyscy żyją pośrednio z zaspokajania potrzeb Konsumenta i siebie nawzajem. Jeśli chcemy sobie zrobić dobrze, warto wzajemnie wsłuchiwać się w potrzeby i dążyć do wspólnego, szczęśliwego finału. W dobie Internetu jest to więcej niż dziecinnie proste, a mimo to wciąż pokutuje przekonanie pt.: wszyscy myślą o sobie, tylko ja myślę o mnie.
Nie jest niczyją winą bycie uwikłanym w takie rynkowe zależności: rodzimy się w takiej sieci i to jest zwykły, dla mnie raczej bezbolesny fakt. Krytyk w tej klatce zarabia na chleb pisaniem o winach, producent na ten sam chleb zarabia współpracą z PRowcami, którzy żyją z kontaktowania producentów z dziennikarzami czy krytykami. Żeby zyskał także konsument, wina muszą być dobre, a teksty ciekawe - w przeciwnym razie pisanie o winie oraz jego produkcja stałyby się wymierającym i bardzo kosztownym hobby. Punto.
Sądzę, że Czytelnika równie mocno zdenerwuje fakt, że szanowny autor notki enoturystycznej zataił fakt, że była ona sponsorowana, co porażajca szczerość w tej kwestii, budząca w najgorszym razie zawiść, a w najlepszym kreująca autora tekstu na nadętego bufona, który żre i opija się za cudze pieniądze (grunt, że nie za nasze, prawda?). Ocena każdego działania, również i tego, to zwykły akt agresji.
A przecież my wszyscy chcemy po prostu pić wino, prawda?
Salud!
Nie będę pisać poematów o tym, że Marka Kondrata lubię, a do Winarium wpadam z powodu miłej obsługi oraz dlatego, że jest to istna oaza kartonowych win na ciągnącej się po horyzont BIBowej pustyni. Dość, że siadając do tego wpisu otworzyłam butelkę Prosecco Brut Antica Quercia z kondratowej kolekcji - wspaniałe wino o doskonałym stosunku jakości do ceny. Nie będę też pisać o przedmiotowym artykule, który czytałam dawno temu i uważam za adekwatny do miejsca jego publikacji. Ostatecznie gorąca blogowa dyskusja dotyka spraw zgoła innych.
Osobiście staram się być cierpliwa wobec tekstów niosących znamiona reklamy bądź promocyjnych wprost, dopóki teksty te pozostają merytorycznie wartościowe i nie urągają Czytelnikowi - ostatecznie PRowiec z czegoś żyć musi, podobnie jak producent, krytyk, bednarz, sprzedawca, dziennikarz czy wydawca branżowego pisma. Wszyscy żyją pośrednio z zaspokajania potrzeb Konsumenta i siebie nawzajem. Jeśli chcemy sobie zrobić dobrze, warto wzajemnie wsłuchiwać się w potrzeby i dążyć do wspólnego, szczęśliwego finału. W dobie Internetu jest to więcej niż dziecinnie proste, a mimo to wciąż pokutuje przekonanie pt.: wszyscy myślą o sobie, tylko ja myślę o mnie.
Nie jest niczyją winą bycie uwikłanym w takie rynkowe zależności: rodzimy się w takiej sieci i to jest zwykły, dla mnie raczej bezbolesny fakt. Krytyk w tej klatce zarabia na chleb pisaniem o winach, producent na ten sam chleb zarabia współpracą z PRowcami, którzy żyją z kontaktowania producentów z dziennikarzami czy krytykami. Żeby zyskał także konsument, wina muszą być dobre, a teksty ciekawe - w przeciwnym razie pisanie o winie oraz jego produkcja stałyby się wymierającym i bardzo kosztownym hobby. Punto.
Sądzę, że Czytelnika równie mocno zdenerwuje fakt, że szanowny autor notki enoturystycznej zataił fakt, że była ona sponsorowana, co porażajca szczerość w tej kwestii, budząca w najgorszym razie zawiść, a w najlepszym kreująca autora tekstu na nadętego bufona, który żre i opija się za cudze pieniądze (grunt, że nie za nasze, prawda?). Ocena każdego działania, również i tego, to zwykły akt agresji.
A przecież my wszyscy chcemy po prostu pić wino, prawda?
Salud!
Etykiety:
Magazyn Wino,
prosecco,
Winarium,
wino i kulinaria,
wino i marketing
piątek, 6 sierpnia 2010
5; Grechetto Colli Martani 2009; T. de la Custodia
- Nic do mnie wtedy nie powiedział. Otworzył usta. Chyba. Ale nic nie powiedział i to jego milczenie było wyrazem największej pogardy. Kiedy mnie wreszcie puścił, upadłam - Marta zaciągnęła się papierosem łapczywie, a jej płuca zapłaciły za tę bezmyślną pazerność nagłym bólem. Plwocina, którą przełknęła zaraz po tym jak kaszel wyrwał ją z zasmolonych oskrzeli pozostawiła zielony posmak w tylnej części języka.
Patrzyła w przestrzeń, jakby istniała tylko ona i widmo przemoczonego Juliena, dyszącego jak zmęczone, brudne zwierzę. Krople deszczu miarowo uderzały o ziemię, która oddawała skumulowane za dnia ciepło, zupełnie jakby chciała wchłonąć sponiewierane ciało Marty i choćby chwilowo je ogrzać. Coraz rzadsze kap kap oznajmiało powolną śmierć ulewy i narodziny tego, co po niej. Obrzydzenie odczuła Marta dopiero po chwili – wyrosło z chłodu chodnika, beznamiętności Juliena i wilgotnej, czarnej ziemi, w którą skulona jak dziecko wbijała drżące palce, by je następnie smakować jeden po drugim. Leniwie. Ostry zapach uryny i odrzucająca lepkość unosząca się wraz z parującym deszczem niczym pozaziemska zjawa, wszechobecna, wszechpełzająca woń luksusowych, wielkomiejskich śmieci uświadomiły jej poziom upodlenia i fakt, że nawet rzucone w trawę niedopałki były czystsze, mniej zużyte, bardziej ludzkie.
- Ta ziemia wyglądała grzesznie i pysznie, jak kawior – przypomniała sobie Marta.
Wendy tymczasem przyglądała się jej ze spokojem. Ta spowiedź, te wyjaśnienia wydawały się jej groteskowe, a posiniaczona szyja Marty przypominała jej wymalowane dziecięce buzie i bawiła ją bardziej, niż pierwsze kłamstwa Juliena i jego twarz, kiedy umierał zaskoczony. Perły jej śmiechu posypały się jak grad, biegały przez moment bez celu po podłodze i wreszcie czmychnęły w nieznane, zupełnie jak myśli Marty.
cdn.
Patrzyła w przestrzeń, jakby istniała tylko ona i widmo przemoczonego Juliena, dyszącego jak zmęczone, brudne zwierzę. Krople deszczu miarowo uderzały o ziemię, która oddawała skumulowane za dnia ciepło, zupełnie jakby chciała wchłonąć sponiewierane ciało Marty i choćby chwilowo je ogrzać. Coraz rzadsze kap kap oznajmiało powolną śmierć ulewy i narodziny tego, co po niej. Obrzydzenie odczuła Marta dopiero po chwili – wyrosło z chłodu chodnika, beznamiętności Juliena i wilgotnej, czarnej ziemi, w którą skulona jak dziecko wbijała drżące palce, by je następnie smakować jeden po drugim. Leniwie. Ostry zapach uryny i odrzucająca lepkość unosząca się wraz z parującym deszczem niczym pozaziemska zjawa, wszechobecna, wszechpełzająca woń luksusowych, wielkomiejskich śmieci uświadomiły jej poziom upodlenia i fakt, że nawet rzucone w trawę niedopałki były czystsze, mniej zużyte, bardziej ludzkie.
- Ta ziemia wyglądała grzesznie i pysznie, jak kawior – przypomniała sobie Marta.
Wendy tymczasem przyglądała się jej ze spokojem. Ta spowiedź, te wyjaśnienia wydawały się jej groteskowe, a posiniaczona szyja Marty przypominała jej wymalowane dziecięce buzie i bawiła ją bardziej, niż pierwsze kłamstwa Juliena i jego twarz, kiedy umierał zaskoczony. Perły jej śmiechu posypały się jak grad, biegały przez moment bez celu po podłodze i wreszcie czmychnęły w nieznane, zupełnie jak myśli Marty.
cdn.
Etykiety:
Grechetto,
Montefalco,
Terre de la Custodia,
wino i rozrywka,
Włochy
środa, 4 sierpnia 2010
matka dziecku, refleksyjnie; znowu;
Pisałam kiedyś refleksyjnie mojemu synowi o tym, że dealkoholizowane wino jest groteskowe; zresztą zdania nie zmieniam. Pisałam także o tym, jakie mogą być potencjalne skutki nadużywania alkoholu, bo mogą być poważne i trzeba o tym mówić.
Przyznam, że kiedy myślę o kreowaniu wizerunku wina wśród ludzi młodych i nowoczesnych, w pierwszej kolejności, co naturalne, zastanawiam się nad tym, jak chciałabym narysować wino własnemu dziecku; na zimno, z dystansem, bez wątków osobistych. Najpewniej przedstawiłabym mu jakąś winną wariację w stylu kampanii Vino Argentino, ale jeśli nie..:
Oczywiście zawsze istnieje ryzyko, że hedonista z dziada pradziada wpadnie w wino (oby tylko!) jak śliwka w kompot. Co więc zrobić, by zechciał przeczytać na etykiecie coś więcej niż cyferki i procenty oraz żeby widział różnicę między chardonnay od chapeau bas?
Czy to zadziała?
Przyznam, że kiedy myślę o kreowaniu wizerunku wina wśród ludzi młodych i nowoczesnych, w pierwszej kolejności, co naturalne, zastanawiam się nad tym, jak chciałabym narysować wino własnemu dziecku; na zimno, z dystansem, bez wątków osobistych. Najpewniej przedstawiłabym mu jakąś winną wariację w stylu kampanii Vino Argentino, ale jeśli nie..:
Oczywiście zawsze istnieje ryzyko, że hedonista z dziada pradziada wpadnie w wino (oby tylko!) jak śliwka w kompot. Co więc zrobić, by zechciał przeczytać na etykiecie coś więcej niż cyferki i procenty oraz żeby widział różnicę między chardonnay od chapeau bas?
Czy to zadziała?
Subskrybuj:
Posty (Atom)





