sobota, 31 lipca 2010

towar

Jestem pod dużym wrażeniem pomysłowości pewnej nowojorskiej firmy z sektora, mniemam, usługowego. Perfect Palate Sexy Sommeliers to firma mająca w swojej ofercie głównie organizowanie winnych degustacji – ale nie byle jakich! Degustację dla klienta korporacyjnego lub prywatnego przeprowadzi osobiście przez zleceniodawcę wybrana estetyczna somelierka (względnie: sommelier). Wszechstronnie uzdolniona niewiasta przyjdzie do biura, do restauracji czy do domu, poprowadzi kurs wiedzy o winie, zorganizuje prywatne przyjęcie, eventy promujące firmę, kulinarne, integracyjne czy sportowe, ale przede wszystkim – degustacje.

Luxury Unplugged
Wiedziona ciekawością zajrzałam w zakładkę Sommeliers w internetowym serwisie firmy i oczom moim ukazał się bogaty katalog pań i panów (nareszcie!) gotowych nauczyć mnie o winie absolutnie wszystkiego. Ba, żeby tylko mnie! Moich współpracowników, moją rodzinę, nawet mojego psa, jeśli sobie tego zażyczę. Klient nasz pan.

W ofercie są także imprezy cykliczne. Za jedyne 30-40$ od osoby można uczestniczyć np. w Dirty Wine Passion Party  - przyznam, że trudno mi to sobie wyobrazić (anyone, hmm?). W programie między innymi degustacja seksownych win oraz odczyt poezji erotycznej.

Doceniam ogromne starania Perfect Palate Sexy Sommeliers oraz niebagatelny wkład w krzewienie wiedzy o winie wśród konsumentów. Zastanawia mnie jednak czy to reklama wina wykorzystuje seks, czy może PR erotycznej imprezy – wino? Tak czy inaczej wizyta na stronie internetowej Sexy Sommeliers to uczta dla oczu konesera kobiecej urody, prawdziwa wyprawa do kuszącej różowymi neonami nowojorskiej dzielnicy uciech, tonącej w tytoniowym dymie.

niedziela, 25 lipca 2010

Sibella, to brzmi dumnie

W Terre de la Custodia do perfekcji opanowano trudną sztukę kompromisu, dzięki której to, co najlepsze w tradycji spotkało się w połowie drogi - niedaleko Gualdo Cattaneo - z tym, co nowe, świeże, naukowe. Oczywiście pozwoliły na to finanse - Terre de la Custodia należy do rodziny Farchioni, której główny dochód pochodzi z wieloletniej tradycji wyrobu i sprzedaży oliwy. Na cóż jednak zdałyby się pieniądze, gdyby nos zadarty był zbyt wysoko, a ambicje były chore?


Dość tradycyjne, piękne i morderczo taniczne wina Terre de la Custodia zamyka w nowoczesnych butelkach, których model został opatentowany i ani się śni producentom zezwalać innym na butelkowanie wina w ten sam sposób. Sibella (tak, ta butelka ma imię) stała się w krótkim czasie drugim logo Terre de la Custodia. Przede wszystkim należy jednak docenić jej funkcjonalność: dzięki unikalnemu kształtowi pozwala na szybkie oddzielenie osadu i zebranie go w niewielkiej przestrzeni przy dnie butelki. Kształt Sibelli ułatwia nalewanie, co przetestowałam osobiście na towarzyskiej degustacji kilka dni temu, zwłaszcza jeśli gości jest dużo, miejsca między nimi mało i możliwość precyzyjnego poruszania kończyną jest niewielka. Uwielbiam, gdy technika działa w służbie podniebieniu!


Szczerze polecam także wina Terre de la Custodia, deser na bazie wysokotłuszczowej śmietany i passito (jak odgrzebię przepis to się pewnie podzielę) oraz towarzystwo Marco Minciarellego, który zdecydowanie wie, co robi.

Porządne notki degustacyjne sporządził kolega z Niederlandów.

środa, 21 lipca 2010

4; Melanto 2005, Terre de la Custodia

Klosz, którym matka przykryła Juliena w chwili jego narodzin, i który polerowała pluszem chorej miłości przez trzynaście lat, pękł dość nieoczekiwanie wraz z jej zniknięciem owego dnia, o którym jako dorosły już mężczyzna, Julien mógł jedynie powiedzieć, że był wietrzny, pamietał bowiem kołyszący się histerycznie hamak, w którym zamiast matki zaległa niema pustka. Julien pozostał sam z wszechobecnym, dziecięco podskórnym przeczuciem, że świat, w którym żył dotąd, był pozorowany. Karmiony zaborczą miłością miał się stać przyjacielem matki, jej sługą, jej spowiednikiem, grabarzem jej marzeń. W chwili, gdy wydawał z siebie ostatnie tchnienie, wspominał setki łudząco podobnych do siebie wieczorów, gdy wtulony w pachnącą pościel oczekiwał nadejścia rodzicielki rozgrzanej wczesną kąpielą, wiedząc, że grzeszny atłas będzie opinał jej niedoschnięte ciało, a bluszcz czułych palców splecie się z jego złotą czupryną. Wtedy mały Julien, wdychając woń matki i ją całą, zaśnie. Będzie śnił o jej śmierci.


Przez kałuże spodziewanej żałoby przeszedł suchą stopą aż do domu ciotki, siostry matki, jednej tylko z wielu nieszczęśliwych i samotnych kobiet w tej rodzinie. Ciotka przyjęła osieroconego chłopca pod swój dach bardziej niż życzliwie, racząc go szczodrze przypadkową nagością, która raz po raz wymykała się przez niedomknięte drzwi łazienki lub niesfornie rozchylone poły długiego szlafroka, by łechtać nastoletnią wyobraźnię.

Wiele lat później w swojej pamięci Julien porównywał ją, tak jak matkę, do kuglarskiego passito, które uwodzi zapachem młodej wiśniowej konfitury, lecz skrywa wnętrze struchlałego starca.


cdn.

poniedziałek, 19 lipca 2010

nierównowaga

Wszyscy to robią (poza Tomkiem), prawie nikt o tym nie mówi.

Nawet, kiedy się wino wielbi i wiernym się jest jakości, trudno czasem nie zgrzeszyć, nie wdepnąć do owada czy innego marketu, gdzie każda butelka to zagadka, nawet gdy nosi zawsze tą etykietę. Trudno czasem nie zdradzić tego, co znane i jakościowe dla tego, co absurdalnie tanie, proste, łatwe, choć niekoniecznie najwyższych lotów, za to dostępne na skinienie. Zdrada ta kończy się różnie: jednorazowym skokiem w bok lub stałym romansem, który trwa, dopóki się sobie strony nie znudzą, dopóki nie zaczną czegoś od siebie wymagać lub dopóki nie zmienią się drastycznie upodobania podniebienia czy jakość wina.


Kupiłam Balance Shiraz Rose 2009 przez wzgląd na komiksową etykietkę. Słoń ostatecznie przynosi szczęście, hmm? Gdyby Makro przyjmowało zwroty, pobiegłabym z tym winem, brodząc po łydki w płynnym asfalcie, byle się tego pozbyć w sposób bezgrzeszny, nie beszczeszcząc nawet takich winnych popłuczyn wylewaniem zawartości butelki do zlewu. Kompot truskawkowy to przy tym pikuś, fosforyzujące oranżady mojego syna - gratka! W  nosie i ustach landryny, stary puder rzadko widywanej ciotki (Celia?), truskawkowe żelki, pianki marshmallow. Na wspomnienie tego smaku po moich plecach galopuje dreszcz. Bynajmniej nie rozkoszy.


Makro, jak to market, na (nie)szczęście nie jest równe. Wielbicielom tanich bąbelków sugeruję np. wyprawę po przepyszną, prostą, kwiatowo-owocową cavę Visiega Brut można kupić w cenie poniżej 20 pln. Bąble wprawdzie ogromne jak w wodzie z syfonu, ale kto się nad tym będzie zastanawiał, gasząc bezkresne pragnienie z pomocą kawalkady cytrusów dzielnie maszerujących w bezlitosnym upale? I to za bezcen.

piątek, 16 lipca 2010

czynni szatani

Jeśli kiedykolwiek miałabym klasyfikować winorośl jako kobiecą lub męską, to uprawiane wokół Montefalco (Umbria) sagrantino ze swą brutalną tanicznością jawiłoby mi się z pewnością silnym, zdziczałym nieco gaucho, który w zgrzebnym odzieniu i z nożem w spracowanej dłoni przemierza smagane wiatrem patagońskie stepy. Tak archetypicznie męski, że aż rozczulający.

Uprawa sagrantino to nieco ponad 600 ha w rękach około 40 różnych producentów - wina powstaje zatem stosunkowo niewiele,, co przekłada się na małą popularność szczepu i DOCG Sagrantino di Montefalco na świecie. Tracą producenci, bo nie docierają wszędzie, gdzie by chcieli. Tracą także światowi konsumenci, którym sagrantino nie mówi nic albo tylko tyle, że strasznie wykrzywia gębę. Tymczasem wina powstające w Montefalco są bardzo, bardzo różne w zależności od interpretacji tego szczepu.


Podczas podróży po środkowych Włoszech wielokrotnie słyszałam, że wina musującego z sagrantino zrobić się nie da (tzn. teoretycznie się da, ale trzeba na głowę upaść, by się tego podjąć). W Scacciadiavoli schodów cała masa, może więc się winiarki kiedyś potknęły, a efektem tego upadku jest naprawdę ciekawe Scacciadiavoli Spumante produkowane metodą klasyczną (85% sagrantino i 15% chardonnay; spędza w butelce 24 miesiące; zebrane winogrona nie są jeszcze dojrzałe; winifikacja na zimno). A może to sam diabeł lub inna moc nieczysta? Ostatecznie wrośnięta w region legenda głosi, że okolicę zamieszkiwał egzorcysta. Pewnego razu wezwano go do opętanej kobiety, z której miał wypędzić złe duchy. Te jednak tak mocno zżyły się z niewiastą, że nie działały na nie żadne tajemne mikstury, czary i napary. Egzorcysta zdecydował się więc na krok ostateczny: napoił kobietę winem z sagrantino. Duchom być może nie odpowiadała wysoka kwasowość i mordercze taniny. Wyprowadziły się. Okolicę natomiast nazwano Scacciadiavoli (wyciągacz diabłów).


Bajka to czy nie - winnica Scacciadiavoli jest mroczna i daje piękne, tajemnicze wina (cała gama: od montefalco rosso, poprzez DOCG Sagrantino di Montefalco, Sagrantino Spumante, Passito, a także lekkie grechetto). A może to magiczna dłoń nieziemsko zmysłowej Liu Pambuffetti, której pakt z diabłem, na moje oko, nie jest taki znowu mało prawdopodobny...

czwartek, 15 lipca 2010

diarios de motocicleta

Oderwana od rzeczywistości, niezdolna do pisania, załączam dzienniki motocklowe mojego Męża, który zjeździł środkowe Włochy, kiedy ja pracowicie nurkowałam w piwnicach i kieliszkach.
Pierwszego dnia Matylda dowozi mnie do Prosecco. Tysiąc dwieście kilometrów autostradami, na motocyklu z symboliczną owiewką daje w kość, ale kurz, słońce i benzyna przyjemnie głaszcze receptory szczęścia. Przyzwoity hotel z panoramicznym widokiem na zatokę i zamek Miramar. Doskonałe, zmrożone prosecco, proste dania oparte o owoce morza i oliwę. 50 EUR za prosty posiłek i znakomite wino to wariactwo, ale z drugiej strony nie drapnęli mnie karabinierzy ani razu...ostatecznie to znacznie lepiej wydane pieniądze, niż głupi mandat. Pastelowe kolory, monotonne pyrkanie kutrów rybackich i leniwie sunące statki na horyzoncie są bezcenne dla zmęczonego drogą podróżnika. 


Drugiego dnia w czterdziestodwustopniowym upale dojeżdżam do Rzymu, na randkę z pewną brunetką. W sumie paskudne miasto, rozmach budowli budzi szacunek, ale tylko do czasu, gdy na starych budynkach odkrywam średniowieczne żarciki: wielkie napisy, że to niby dla ludzi, to wszystko. Całe szczęście, że randka z grubsza się udała.

Nazajutrz z ulgą wyjeżdżam z rozpalonego miasta, wariantem turystycznym przez kompletne zadupia w stronę Montefalco. Po drodze zahaczam o malutkie miasteczko na górze, sześćsetletnie, zachowane tak, jakby ktoś zakpił sobie z amerykańskich reżyserów, którzy usiłują przekonać cały świat, że przed wiekami wszędzie były tylko ruiny. Po drodze do miasteczka niekończące się zakręty...wreszcie jakaś odmiana po 1500 km autostrad. Winnice po horyzont, góry, gaje oliwne, pierdolnik przy drogach i genialne espresso – ot, Włochy w całej okazałości. Matylda strzela focha, zapowietrza jej się pompa paliwa i raz na jakiś czas gaśnie ni stąd ni z owąd. W tunelach bez poboczy nasz związek zaczyna przechodzić w pikantną, rzekłbym, fazę
.


Ristorante Frederico II, Montefalco. Plac pośrodku średniowiecznego miasteczka, zawsze mnie zaskakiwało, że nie zdawali sobie ludzie sprawy z tego, ze 500 lat później ktoś będzie korzystał z ich znoju i pomysłu. Właściciel knajpy, mafiozo w lusterkowych okularach, epatujący suvem porsche z wypożyczalni. Obok parka, Włosi, bo jaka inna para przyjeżdża do knajpy skuterem, babeczka z szara od nikotyny twarzą i wielkimi oczami Giocondy, troszkę tleniona, ale widać, ze czarna z pochodzenia. Jej partner, przystojniejszy od Stinga, żylasty, opalony, w japonkach, metr pięćdziesiąt.

Dwa stoliki dalej archetypiczni amerykańscy turyści. Doskonały stereotyp: szpakowaty, lekko pucułowaty tatuś, jeszcze bardziej szpakowata squaw, w okularach z pomarańczowymi oprawkami i żylakamy na nogach, wysoka córka, jedynaczka, która wybrała coca cole light.

poniedziałek, 12 lipca 2010

sycylijska siódemka

Dawno, dawno temu pisałam o metodach uluksusowiania tego, co luksusowe oraz narzekałam, że polskie etykiety nie chcą się ukorzenić. Dziś nawiązuję.

Założeniem Feudi del Pisciotto było wytworzenie win do szpiku kości włoskich, choć poza lokalnymi szczepami posadzono na niej także merlot, cabernet sauvignon czy chardonnay. Wina miały w stu procentach oddawać charakter sycylijskiego torroir, dlatego są głównie szczepowe (poza passito: 50% gewürztraminer i 50% semeillon). W ideę win Made In Italy miały się wpisać także etykiety, których autorami są największe nazwiska włoskiej branży modowej: Valentino (merlot), Versace (nero d'avola), Blumarine (moscato di noto), Missoni (cabernet sauvignon), Alberta Ferretti (chardonnay), Carolina Marengo-Kisa (frapatto, il grillo) oraz Gianfranco Ferrè (Passito; prawdziwy rarytas, tylko 2 tysiące butelek). Butelki są tymi nazwiskami sygnowane, a cena oscyluje wokół 18 euro.


To więcej, niż snobizm, jednak same wina są niezwykle eleganckie, szykowne, aromatyczne. Wszystko: etykieta, trunek i butelki grają ze sobą, dopełniają się i są zapamiętywalne. To taki wyraz włoskiego patriotyzmu, dumy, pewności siebie (na granicy smaku, ale i to włoska cecha) oraz świadomości, że niezaprzeczalnym i krajowym atutem jest kreacja wina i mody.