Jest lato, czas deptaków, romansów, piasku w butach i majtkach, zbyt wielu lampek wina w bezpretensjonalnych nadmorskich lokalach. Przywiało mnie do Gdańska, który uroczy jest, fotogeniczny i cudownie poniemiecki, wina tu jednak jak na lekarstwo.
Usiłowaliśmy (ja i mąż, który dzielnie wspierał mnie w tej winnej niedoli, merci!) znaleźć lokal, w którym win w karcie jest więcej niż trzy, a przy tym nie są to wyłącznie różne wariacje wokół Strumieni Jakuba. Wyguglaliśmy drżąca ręką Winiarnię Pietraszek, która przywitała nas z prawdziwie polską, znaną w szerokim świecie gościnnością:
Winiarnię Pietraszek informuję, że na Ołowiance - wysepce opodal - hotele liczą sobie za nocleg według taryfy w sezonie.
Światło pojawiło się jednak w tym okrutnie suchym tunelu. Pojawiło się, by rozbudzić w nas apetyty, zwilżyć na wiór wyschnięte podniebienia, radować serca i dodać zamaszystości krokom, a nogom - sił. I pojawiło się także, by zaraz zniknąć w oparach rozpaczy: światłu temu na imię Spiritus Sanctus - winiarnia, która nowoprzybyłym oferuje zaszczytne cmokanie klamki.
Nie znam hasła, oczywiście. Gdybym znała, nie chciałabym przebywać w miejscu, które z picia wina czyni imprezę zamkniętą, tajemną, dla wybranych. Nie widzę związku między winem i światem wykluczeń.
Kto by pomyślał, że rzeczoną winiarnię gościnny gdański prawnik otwierał z rozpaczy...
01.07.2010 edit:
niedziela, 27 czerwca 2010
poniedziałek, 21 czerwca 2010
Sud de France; degustacja synchroniczna
W degustacji synchronicznej z okazji 4 urodzin Sud de France udział wzięły wina specjalnie, dwuetapowo wyselekcjonowane: najpierw w drodze degustacji w ciemno, a następnie poprzez losowanie z kapelusza 5 etykiet z tych wszystkich, które ocalały z pierwszego etapu - nie ma więc wątpliwości, że przestrzeń na przypadek ograniczono do minimum. Tym niemniej uważam, że to świetna wizytówka regionu, esencja Langwedocji-Rousillon.
W rolach głównych:
Pyszna esencja. Ciekawe czy Sud de France z podobną pompą uczci swoje pięciolecie?
W rolach głównych:
- czerwone Vin de Pays d'OC Domaine Dromadaire 30670 Cuvée 2006 - wino z niespodzianką w postaci mrocznego, czarnego korka, który mnie się kojarzył z jakimś perwersyjnym lateksowym czy skórzanym wdziankiem, ewentualnie ze zwiniętym w kłębek paskiem rozrządu; szachownica na etykiecie (nie wiem skąd u mnie skojarzenie z Tworkami Marka Bieńczyka... tam przecież nie ma szachownicy). Atakuje nutami piwnicznymi, leśnymi, oliwkowymi. Dalaj kawalkada wszystkiego, co las zrodził: jeżyny, jagody i jakieś zagubione, zdziczałe wiśnie. Zrównoważone o delikatnych taninach i średniej budowie. Niby wszystko na miejscu, ale niczym mnie to wino nie zachwyciło. Ot, takie jakieś. Podobnych jest sporo i nie trzeba po nie jechać do Aigues-Vives (dostępne wyłącznie u producenta; nazwa wina to kod pocztowy Aigues-Vives)
- słodkie i wzmocnione AOC Muscat de Frontignan Mas de Madame Cuvée 2006 - to bardzo dobry muscat. Gęsty, lepki, likierowy. Nieprzyzwoicie słodki, cytrusowy, ale też nie pozbawiony melonowej świeżości. Na bogato. Wyobrażam sobie je tylko solo.
- białe Vin de Pays d'OC Cigalus Cuvée 2008; w tym winie jest wszystko: krągłość i cielistość viognier, świeżość i owocowość chardonnay; szczypta egzotycznych przypraw - goździki, cynamon, wanilia i brązowy cukier i przyjemne chlebowe nuty. Na dłuższą metę męczące dla tych, którzy nie lubią beczkowego chardonnay, ale ma w sobie coś uzależniającego - chyba to, że z każdym łykiem odnajduje się w tym winie kolejną smakową płaszczyznę. Pachnie obłędnie! Można je wdychać i wdychać, bez przerwy, a i tak nie ma się dosyć.
- różowe OC Côtes de Rousillon Fruite Catalan - pod różowym celofanikiem z białym motylkiem kryje sie różowy korek w czarne motylki. Etykieta nowoczesna, przezroczysta, nie wywołująca, przynajmniej we mnie, pozytywnych emocji. I wszędzie te motyle (na stronie producenta zamiast kursora na ekranie fruwa motyl)! Żałuję, że w butelce też ich nie znalazłam: brak trochę temu winu charakterystycznej świeżosci i lekkości bytu, których szukam w rosé w letnie popołudnia; jest jednak zaskakująco długie, owocowe.
- musujący Crémant de Limoux Grande Cuvée 1531, Sieur d'Arques; kapciowyrywacz; językopodszczypywacz; drobnobąbelkowiec; jabłko, cynamon, goździki, brzoskwinie i cytrusy rozpieszczają do nieprzytomności. Bąble szczypią w język, sprawiając lekki ból. Zapach delikatny subtelny, świeży - takie wino chciałabym pić całe lato. Trudno odessać sie od butelki nie wysuszywszy jej doszczętnie z tej soczystej pikanterii.
Pyszna esencja. Ciekawe czy Sud de France z podobną pompą uczci swoje pięciolecie?
piątek, 18 czerwca 2010
degustacja synchroniczna
W najbliższy poniedziałek odbędzie się event interesujący z wielu względów. Po pierwsze dlatego, że dotyczy wina. Po drugie dlatego, że wiąże się z degustacją nieznanych mi jeszcze butelek. Po trzecie jest przyjemną i nowatorską metodą promocji regionu. Po czwarte będzie to swoisty test dla winnego języka: o próbowanych winach będzie w internecie mówić kilkadziesiąt osób jednocześnie, kilkadziesiąt różnych gustów, różnych podniebień, różnych poziomów wiedzy, różnych języków. A wina te same. Wszystko po to, by z pompą i nietypowo świętować 4 urodziny Sud de France, marki zrzeszającej wino i kulinaria z Langwedocji-Rousillon. Międzynarodowa degustacja synchroniczna.
Degustowanych synchronicznie będzie pięć różnych win z Langwedocji-Rousillon (musujące, słodkie, białe, czerwone i rose), a udział w imprezie weźmie blisko 90 osób piszących i blogujących o winie z całego świata. Etykiety do degustacji wylosowano po uprzedniej selekcji, dokonanej przez Dominique'a Laporte'a (Meilleur sommelier de France 2004). Noty degustacyjne pojawią się jednocześnie na portalu Sud de France, blogach, Twitterach, Facebookach itp. Gdzie się da. Ciekwi mnie jak różne będą to opinie i czy będzie w nich jakakolwiek prawidłowość (kiedyś sama miałam podobny pomysł na językowy eksperyment, choć na mniejszą znacznie skalę)
Sud de France chce za pomocą tej miłej, zbiorczej strategi promować produkty regionalne z Langwedocji-Rousillon na świecie, zwiększać świadomość konsumentów, informować poprzez zabawę, a ostatecznie: zwiększać eksport. Sądzę, że robi to skutecznie.
Zapraszam do obserwacji. Wino czeka.
Degustowanych synchronicznie będzie pięć różnych win z Langwedocji-Rousillon (musujące, słodkie, białe, czerwone i rose), a udział w imprezie weźmie blisko 90 osób piszących i blogujących o winie z całego świata. Etykiety do degustacji wylosowano po uprzedniej selekcji, dokonanej przez Dominique'a Laporte'a (Meilleur sommelier de France 2004). Noty degustacyjne pojawią się jednocześnie na portalu Sud de France, blogach, Twitterach, Facebookach itp. Gdzie się da. Ciekwi mnie jak różne będą to opinie i czy będzie w nich jakakolwiek prawidłowość (kiedyś sama miałam podobny pomysł na językowy eksperyment, choć na mniejszą znacznie skalę)
Sud de France chce za pomocą tej miłej, zbiorczej strategi promować produkty regionalne z Langwedocji-Rousillon na świecie, zwiększać świadomość konsumentów, informować poprzez zabawę, a ostatecznie: zwiększać eksport. Sądzę, że robi to skutecznie.
Zapraszam do obserwacji. Wino czeka.
czwartek, 17 czerwca 2010
na górze róże
Jechałam ostatnio, nieco zbyt szybko, Traktem Lubelskim, kiedy spostrzegłam plakat z napisem Festiwal Win Różowych. Jakiś diabeł wcisnął mi w podłogę pedał hamulca, wrzucił wsteczny i chwilę później precyzyjnie zaparkował auto na parkingu pod sklepem nie rozjechawszy nikogo. Chyba. Festiwal to jedna półka, cztery różowe wina do wyboru, z czego trzy znałam wcześniej. Kupiłam więc Mezzek Rose (cabernet sauvignon, marvurd) i do dziś żałuję.
Nabrałam jednak takiej ochoty na róż, że skusiłam się dnia następnego na wino, które na marksowej półce wyróżniało się brokatem i błyskiem i które gdzieś już kiedyś krytykowałam; etykieta infantylna jak wyraz twarzy Barbie i róż, na widok którego Doda wydałaby z siebie przeciągłe mrrrau, a Paris Hilton piałaby z zachwytu wdziewając bieliznę w tym kolorze, tuląc ulubionego pluszaka. Ja w sumie też pewnie bym piała.
Zawartość butelki rozczarowuje: ni to wino, ni truskawkowy kompot ze szkolnej stołówki. Krótkie, mało wyraziste, bez sensu. Pachnie niczym. Trzeba mu jednak przyznać, że jest łatwe w obsłudze jak woda; bezrefleksyjne, a to bywa zaletą, kiedy się człowiek chce odmóżdżyć na łonie natury, nie dumając czy bordeaux w jego kieliszku leżało w beczce o jedną godzinę za długo; do beztroskiego wydudnienia w pełnym słońcu, w hamaku przy kartkowaniu Elle. I kiedy się je na obiad śląskie kluski z torebki.
Więcej o bezpretensjonalanym rosé, z technikaliami włącznie, można poczytać tu i tam.
A teraz zagadka: ile kosztowało to wino z dokładnością do 1 pln? Dwa strzały per łeb (z imieniem/nazwiskiem lub nickiem). Nagroda niespodzianka.
Nabrałam jednak takiej ochoty na róż, że skusiłam się dnia następnego na wino, które na marksowej półce wyróżniało się brokatem i błyskiem i które gdzieś już kiedyś krytykowałam; etykieta infantylna jak wyraz twarzy Barbie i róż, na widok którego Doda wydałaby z siebie przeciągłe mrrrau, a Paris Hilton piałaby z zachwytu wdziewając bieliznę w tym kolorze, tuląc ulubionego pluszaka. Ja w sumie też pewnie bym piała.
Zawartość butelki rozczarowuje: ni to wino, ni truskawkowy kompot ze szkolnej stołówki. Krótkie, mało wyraziste, bez sensu. Pachnie niczym. Trzeba mu jednak przyznać, że jest łatwe w obsłudze jak woda; bezrefleksyjne, a to bywa zaletą, kiedy się człowiek chce odmóżdżyć na łonie natury, nie dumając czy bordeaux w jego kieliszku leżało w beczce o jedną godzinę za długo; do beztroskiego wydudnienia w pełnym słońcu, w hamaku przy kartkowaniu Elle. I kiedy się je na obiad śląskie kluski z torebki.
Więcej o bezpretensjonalanym rosé, z technikaliami włącznie, można poczytać tu i tam.
A teraz zagadka: ile kosztowało to wino z dokładnością do 1 pln? Dwa strzały per łeb (z imieniem/nazwiskiem lub nickiem). Nagroda niespodzianka.
poniedziałek, 14 czerwca 2010
3; Chablis 2008, Simonnet-Febvre
Dzień, w którym się poznali, Marta pamiętała jak przez mgłę, ponieważ niemal nie różnił się od innych dni w tamtym miesiącu i roku. W szczegółach potrafiła natomiast odtworzyć smak padającego wówczas w Brukseli deszczu, łudząco przypominającego jej ulubione chablis: zimnego, metalicznego, świeżego i zabarwionego cywilizacyjną kwasowością tak charakterystyczną dla większości europejskich metropolii. Włóczyła się bez celu po mieście, umyślnie chowając parasol w przepastnej torbie, by móc zlizywać z ust dowolne ilości pysznej deszczówki, nie narażając się przy tym na wytykanie palcami, kiedy spostrzegła, że z drzwi restauracji o nazwie Montenegro wyłania się drobna kelnerka, niosąca w dłoni ogromny talerz, na którym leżał i czekał na swój koniec aromatyczny, krwisty kawałek mięsa. Marta zawsze poddawała się głodowi i pozostała mu posłuszna także w tamtej chwili, zajmując miejsce przy jedynym wolnym stoliku w lokalu.
Moment, kiedy po raz pierwszy podał jej dłoń, miała przywoływać w pamięci aż do śmierci, za każdym razem, kiedy ceremonialnie wbijała widelec w soczysty, miękki stek, karmiła wzrok widokiem lśniącego mięsa, a węch - wdychając jego lewitującą w przestrzeni woń, by sekundę później jednym ruchem odciąć kawałek niemal tak samo sprawnie, jak on pozbawił ją majtek w parku opodal restauracji Montenegro. To smakowite déjà vu zawsze przeżuwała niespiesznie.
cdn.
Moment, kiedy po raz pierwszy podał jej dłoń, miała przywoływać w pamięci aż do śmierci, za każdym razem, kiedy ceremonialnie wbijała widelec w soczysty, miękki stek, karmiła wzrok widokiem lśniącego mięsa, a węch - wdychając jego lewitującą w przestrzeni woń, by sekundę później jednym ruchem odciąć kawałek niemal tak samo sprawnie, jak on pozbawił ją majtek w parku opodal restauracji Montenegro. To smakowite déjà vu zawsze przeżuwała niespiesznie.
cdn.
piątek, 11 czerwca 2010
striptease, gra wstępna i 69
Reklama dźwignią handlu, a seks dźwignią reklamy, choć nie wszystkim się to podoba. Erotyki pełno na rynku samochodowym, wyziera też z reklam materiałów budowlanych i zabawek (znacie tą reklamę? widzicie na niej matchboxa?) i wylewa się z butelek. Co zrobić, by sprzedać wino komuś, kto nie ma o nim zielonego pojęcia? Co zrobić, by stuprocentowo wykorzystać 38 sekund, decydujących o wyborze konkretnego produktu? Odpowiedź jest banalnie prosta.
Przypadki użycia mnożą się głównie na rynku amerykańskim. Kalifornijski producent wina reklamuje się już samą nazwą (która, nota bene, zdyskwalifikuje go w oczach innych konsumentów). Erotic Cellars piszą o sobie na stronie internetowej zupełnie bez ogródek, przedstawiając się jako sprzedawcy zabutelkowanego, kalifornijskiego stylu życia. Cóż to za styl? To styl ociekający seksem, to alkohol przełamujący bariery, ułatwiający dostęp do wszystkiego, co zarezerwowane dla dorosłych. To kalifornijskie wino, które działa rozbrajająco nawet na bibliotekarki! Wspaniałomyślni Erotic Cellars dzielą się z szanownym konsumentem tym stylem życia, oferując trzy (tak, aż trzy!) wina, pod tak sugestywnymi, jak wdzięcznymi nazwami: Chardonnay Forplay (15$/butelka), Cabernet Sauvignon The Strip (19$/butelka) oraz bliżej nieokreślonego rodowodu wino czerwone Barrel 69 (17$/butelka).
Zawsze byłam zdania, że etykieta mówi. W przypadku Erotic Cellars wręcz wrzeszczy! Mnie kojarzą się z ilustracjami do Kamasutry i zgaduję, że takie było zamierzenie działu marketingu. Być może w butelkach jest niezłe chardonnay, być może powalający cabernet, być może to wszystko warte jest 50 pln za sztukę (i więcej). To jednak nieistotne. Wino w tych butelkach jest dla konsumenta tym, czym dla łysego grzebień.
Przypadki użycia mnożą się głównie na rynku amerykańskim. Kalifornijski producent wina reklamuje się już samą nazwą (która, nota bene, zdyskwalifikuje go w oczach innych konsumentów). Erotic Cellars piszą o sobie na stronie internetowej zupełnie bez ogródek, przedstawiając się jako sprzedawcy zabutelkowanego, kalifornijskiego stylu życia. Cóż to za styl? To styl ociekający seksem, to alkohol przełamujący bariery, ułatwiający dostęp do wszystkiego, co zarezerwowane dla dorosłych. To kalifornijskie wino, które działa rozbrajająco nawet na bibliotekarki! Wspaniałomyślni Erotic Cellars dzielą się z szanownym konsumentem tym stylem życia, oferując trzy (tak, aż trzy!) wina, pod tak sugestywnymi, jak wdzięcznymi nazwami: Chardonnay Forplay (15$/butelka), Cabernet Sauvignon The Strip (19$/butelka) oraz bliżej nieokreślonego rodowodu wino czerwone Barrel 69 (17$/butelka).
Zawsze byłam zdania, że etykieta mówi. W przypadku Erotic Cellars wręcz wrzeszczy! Mnie kojarzą się z ilustracjami do Kamasutry i zgaduję, że takie było zamierzenie działu marketingu. Być może w butelkach jest niezłe chardonnay, być może powalający cabernet, być może to wszystko warte jest 50 pln za sztukę (i więcej). To jednak nieistotne. Wino w tych butelkach jest dla konsumenta tym, czym dla łysego grzebień.
wtorek, 8 czerwca 2010
2; Riesling 2008, Julien Meyer
Huk ogłuszył go na moment. Ostatnie wypowiedziane przez niego słowa zdawały się wsiąkać w echo wystrzału tak, jak wino ze stłuczonego kieliszka wsiąkało w miękki dywan pod niepewnymi stopami, a metaliczny posmak krwi mieszał się ze słonawym śladem jej ust i oleistością karminowej szminki. Chwiał się. Otępiały bardziej z zaskoczenia niż z bólu czy świadomości nieuniknionego już końca, spojrzał w jej zimne, puste oczy usiłując znaleźć w nich chociaż ślad żalu. Na próżno.
Pochłonięta całkowicie przeżywaniem rozkosznego ciepła sączącego się z jego otwartej piersi wytarła resztki stygnącej krwi z własnych ust. Nie oderwawszy od niego wzroku nawet na moment, bezbłędnie, choć przecież po omacku, odgadła położenie kieliszka na stole, chwyciła go i sprawnym, kocim niemal gestem wprawiła w ruch, uwalniając krystaliczne, źródlane nuty z wnętrza naczynia. Mieszanka zapachu kończącego się życia, zimnego rieslinga i gryząca woń siarki sprawiła, że na jej twarzy pojawił się grymas spełnienia pomieszanego z zepsuciem i pogardą. Czujność nie pozwoliła jej przymknąć oczu w zapomnieniu.
cdn.
Pochłonięta całkowicie przeżywaniem rozkosznego ciepła sączącego się z jego otwartej piersi wytarła resztki stygnącej krwi z własnych ust. Nie oderwawszy od niego wzroku nawet na moment, bezbłędnie, choć przecież po omacku, odgadła położenie kieliszka na stole, chwyciła go i sprawnym, kocim niemal gestem wprawiła w ruch, uwalniając krystaliczne, źródlane nuty z wnętrza naczynia. Mieszanka zapachu kończącego się życia, zimnego rieslinga i gryząca woń siarki sprawiła, że na jej twarzy pojawił się grymas spełnienia pomieszanego z zepsuciem i pogardą. Czujność nie pozwoliła jej przymknąć oczu w zapomnieniu.
cdn.
Etykiety:
Alzacja,
biodynamika,
Julien Meyer,
riesling,
wino i rozrywka
sobota, 5 czerwca 2010
mademoiselle fleurie
Beaujolais to nie tylko radosne, rozwrzeszczane nouveau, to coś znacznie więcej.
Dobrze otworzyć dwa gamayowe twory w dość krótkim odstępie czasu - terroir czyta się z ich ust jak z otwartej księgi. O ile pierwsze Beaujolais Villages , Grands Vins Villa Ponciago jest na wskroś przesiąknięte klasyką i można by spokojnie złożyć je w Sèvres jako wzorzec do winnej kalibracji, o tyle drugie wymyka się burgundzkim konwencjom, żeby nie powiedzieć, że wręcz nimi gardzi.
Fleurie uchodzi za królową Beaujolais (królem jest Moulin à Vent) i jakoś mnie to specjalnie nie dziwi. Wprawdzie mąż uznał to wino za idealną definicję taniego, czerwonego, stołowego we francuskiej knajpie dla biedaków z bohemy, ale zakładam, że pił za ciepłe (albo nie wiem co, ale coś na pewno! błagam! może jadłeś wcześniej septolete?!). Warto dodać, że mąż jest typowym bożolenuwystą, więc dla niego królowa jest tylko jedna: pachnąca nowością, cierpka i landrynkowa jednocześnie, radosna, nieprzewidywalna artystka. Fleurie jest fijołkowe, powabne, ale i w pewnym stopniu nieobecne, nieuchwytne, dalekie, jak kobieta z parasolką z obrazu Moneta. Wspaniałe.
Beaujolais Villages wydało mi się bardzo buduarowe: począwszy od białej etykiety z różowymi akcentami, przez fiołkową suknię i , aż po pyszne, namiętne usta. Technicznie można by nazwać je przepracowanym gamayem: świadomym, wyrafinowanym, doświadczonym wirtuozem.
Dobrze otworzyć dwa gamayowe twory w dość krótkim odstępie czasu - terroir czyta się z ich ust jak z otwartej księgi. O ile pierwsze Beaujolais Villages , Grands Vins Villa Ponciago jest na wskroś przesiąknięte klasyką i można by spokojnie złożyć je w Sèvres jako wzorzec do winnej kalibracji, o tyle drugie wymyka się burgundzkim konwencjom, żeby nie powiedzieć, że wręcz nimi gardzi.
Fleurie uchodzi za królową Beaujolais (królem jest Moulin à Vent) i jakoś mnie to specjalnie nie dziwi. Wprawdzie mąż uznał to wino za idealną definicję taniego, czerwonego, stołowego we francuskiej knajpie dla biedaków z bohemy, ale zakładam, że pił za ciepłe (albo nie wiem co, ale coś na pewno! błagam! może jadłeś wcześniej septolete?!). Warto dodać, że mąż jest typowym bożolenuwystą, więc dla niego królowa jest tylko jedna: pachnąca nowością, cierpka i landrynkowa jednocześnie, radosna, nieprzewidywalna artystka. Fleurie jest fijołkowe, powabne, ale i w pewnym stopniu nieobecne, nieuchwytne, dalekie, jak kobieta z parasolką z obrazu Moneta. Wspaniałe.
Beaujolais Villages wydało mi się bardzo buduarowe: począwszy od białej etykiety z różowymi akcentami, przez fiołkową suknię i , aż po pyszne, namiętne usta. Technicznie można by nazwać je przepracowanym gamayem: świadomym, wyrafinowanym, doświadczonym wirtuozem.
środa, 2 czerwca 2010
1; Les Pierres Chaudes; Julien Meyer
Skąpany w mizernym świetle lampki kieliszek, zetknąwszy się z gorącymi, zmęczonymi dotykiem ustami, pokrył się matowym nalotem, który rozrastał się i nabrzmiewał, by ostatecznie zebrać całe swoje jestestwo w potężną kroplę rosy beztrosko sunącą wzdłuż ścianek naczynia aż po kres swojego istnienia, wyznaczony przez moment zetknięcia się z kobiecym palcem, który po chwili igraszek z zimnym szkłem wślizgnął się w przemoczone winem usta po końcówkę czerwonego paznokcia i pozwolił wargom wchłonąć wspomnienie omdlałej kropli.
Przyjemnie kwaśny płyn rozpełzł się po wrażliwym języku, przywodząc na myśl smak jabłek przedwcześnie zerwanych z drzewa, a następnie spłynął bezceremonialnie w najdalsze części dziąseł, jak drążący skałę, lodowaty potok; gorycz zaatakowała bezbronne gardło tak spóźniona, że już nie oczekiwana. Rozchylone nozdrza wdychały skupione w głebi kieliszka duszne i zmysłowe kwiatowe wonie; wdychały pospiesznie i łapczywie, jakby w obawie, że zapach rozpłynie się w powietrzu w ćwierć sekundy i zniknie.
Ciszę przerwał brzęk tłuczonego szkła. Żwawa strużka krwi wyślizgnęła się z przymkniętych ust.
cdn.
Przyjemnie kwaśny płyn rozpełzł się po wrażliwym języku, przywodząc na myśl smak jabłek przedwcześnie zerwanych z drzewa, a następnie spłynął bezceremonialnie w najdalsze części dziąseł, jak drążący skałę, lodowaty potok; gorycz zaatakowała bezbronne gardło tak spóźniona, że już nie oczekiwana. Rozchylone nozdrza wdychały skupione w głebi kieliszka duszne i zmysłowe kwiatowe wonie; wdychały pospiesznie i łapczywie, jakby w obawie, że zapach rozpłynie się w powietrzu w ćwierć sekundy i zniknie.
Ciszę przerwał brzęk tłuczonego szkła. Żwawa strużka krwi wyślizgnęła się z przymkniętych ust.
cdn.
Subskrybuj:
Posty (Atom)














