Przestańcie, siostry! Miejcie wzgląd na powagę naszego zgromadzenia.
Płeć wina to dla mnie wciąż pojęcie abstrakcyjne, w przeciwieństwie do płci konsumenta. O tym, że mężczyzna jest synonimem władczego i wysublimowanego podniebienia, a kobieta kupuje bezrefleksyjnie, byle dużo i ładnie, chłonie dobra jak promienie słoneczne, pisano już (pisałam w gościnnych progach Sstarwines także ja). Martwi mnie jednak, że to trwa i szerzy się jak trąd, cholera czy inny tyfus. Strefujemy się, utrwalamy podziały, choć są sztuczne.
Z pewnego winnego sajtu dowiedziałam się ostatnio, że wolę wina giętkie, miękkie i wyrafinowane, tymczasem jest chyba odwrotnie (mając do wyboru jedwabiste, kwiatowe auslese ze zdjęcia i szorstkiego, mocno koperkowego rieslinga Prüm Blue, wybieram bez wahania tego drugiego). Za garbnikiem nie przepadam i jest to nieodłącznie powiązane z posiadaniem takich, a nie innnych narządów rozrodczych. Dowiedziałam się też, że wino ma kalorie. Olaboga! Idzie mi w moje wystarczająco już krągłe biodra. I nigdy, przenigdy nie powinnam kupować wina w markecie (ups... obydwa wyżej wymienione wina kupiłam w Makro), ani pozostawiać zakupu trunku mojemu macho, ponieważ ten fajtłapa z pewnością wybierze czerwone półsłodkie i poda je, idiota, za ciepłe.
Skoro z upodobaniem naśladujemy zachodnie wynalazki, proponuję założyć klub odkorkowanych dziewcząt, które łykają albo chociaż jakieś babskie, kolorowe pisemko o winie na wzór Wine Adventure (layout rodem z Elle sprzed dwudziestu lat albo ze współczesnej Burdy, niestety). Będzie przystępnie, kobieco, obrazkowo, beztekstowo. I będziemy mogły, Drogie Siostry, porozmawiać o śliczniutkich etykietkach.
Będzie arcydurnowato i progesteronowato.
niedziela, 30 maja 2010
czwartek, 27 maja 2010
reklama wina: viral marketing
Gdybym, zupełnie hipotetycznie, była producentem lub importerem wina w chłodnym kraju kartofla, gdzie reklama wina jest obwarowana sięgającym nieba murem warunków (gdzie ci lobbyści?), a wino jako takie kojarzy się z dwojako - ze snobem wwąchującym się eksatycznie we wszysto, co pije lub dla odmiany ze sztajmesem, ktory nic nie wącha, lecz wszystko wlewa w gardło jeszcze pod sklepem - postawiłabym na nowoczesny, zabawny, ale i edukacyjny viral marketing.
Taki wirusowy marketing to koło, które raz wprawione w ruch, toczy się samo i znika za horyzontem. Najczęściej viral to po prostu krótki film dryfujący po bezkresnym oceanie Internetu, podawany z rąk do rąk, od skrzynki do skrzynki, rozprzestrzeniający się jak zaraza wraz ze swoim przekazem, którym może być zarówno marka, jak i charakter produktu czy wrażenia powiązane (rośnie także popularność soundbrandingu). Odpowiednio opracowany viral trafia dokładnie do tych, którzy są potencjalnie zainteresowani tematem. Jak więc sprzedać wino? Podtekstowo i/lub zabawnie.
Tu kolejny erotyczny wtręt związany z winem (choć film ma promować coś innego), przy czym, choć sugeruje przyjemności dla mężczyzny, adresowany jest także do kobiet. Wątki fellatio są najwyraźniej lubiane przez twórców reklam:
Dla równowagi coś prawieartystycznego, bez podtekstów, choć nieco mniej wyszukanego, niż reklama szampana Piper-Heidsieck:
Emisja dwóch pierwszych reklam została w oficjalnych kanałach zakazana. A czy może się reklamie przytrafić coś lepszego, niż obklejenie etykietą brudnej, niemoralnej, kontrowersyjnej, obscenicznej lub zabawnej? Wszak youtube to potęga!
Taki wirusowy marketing to koło, które raz wprawione w ruch, toczy się samo i znika za horyzontem. Najczęściej viral to po prostu krótki film dryfujący po bezkresnym oceanie Internetu, podawany z rąk do rąk, od skrzynki do skrzynki, rozprzestrzeniający się jak zaraza wraz ze swoim przekazem, którym może być zarówno marka, jak i charakter produktu czy wrażenia powiązane (rośnie także popularność soundbrandingu). Odpowiednio opracowany viral trafia dokładnie do tych, którzy są potencjalnie zainteresowani tematem. Jak więc sprzedać wino? Podtekstowo i/lub zabawnie.
Tu kolejny erotyczny wtręt związany z winem (choć film ma promować coś innego), przy czym, choć sugeruje przyjemności dla mężczyzny, adresowany jest także do kobiet. Wątki fellatio są najwyraźniej lubiane przez twórców reklam:
Dla równowagi coś prawieartystycznego, bez podtekstów, choć nieco mniej wyszukanego, niż reklama szampana Piper-Heidsieck:
Emisja dwóch pierwszych reklam została w oficjalnych kanałach zakazana. A czy może się reklamie przytrafić coś lepszego, niż obklejenie etykietą brudnej, niemoralnej, kontrowersyjnej, obscenicznej lub zabawnej? Wszak youtube to potęga!
Etykiety:
marketing wirusowy,
reklama,
rynek wina,
viral marketing,
wino i marketing
środa, 26 maja 2010
czary mary
Degustowane na hejnał wina Juliena Meyera wprawiły mnie kiedyś niemalże w stan lewitacji, przy czym nie musiałam wykonywać zalecanych choćby na Energy Forum siedmiu kroków. Starczył mi jeden, za to duży, wykonany w porządnym, alzackim, siedmiomilowym bucie.
Wrażenie lewitacji wzmogło się dziś, kiedy w absolutnym spokoju i niespiesznie mogłam delektować się magicznym Muscatem Petite Fleur, wwąchać się, wsłuchać, wgapić i w całości oddać refleksji. O ile zwykle śmiać mi się chce z desperackiego biokukuryku, wydobywającego się z gardeł winiarzy, o tyle Meyerowi muszę przyznać pewną biodynamiczną rację: w winach Julien Meyer Domaine czuć, że owocom nikt nie przeszkadzał, że wchłonęły z piasku i słońca dokładnie to, co mogły, że czasem dygotały z zimna i że ktoś przyglądał się temu czułym, troskliwym, lecz zdystansowanym okiem. Jest w tych winach niewymuszone piękno, jakaś tajemnica, jakieś niedopowiedzenie. Jakieś czary.
Muscat Petite Fleur jest bardzo elegancki, wyrafinowany, perfumiasty. Cukier, jak we wszystkich winach Meyera, potraktowano z dystansem na granicy pogardy. Jest też jakby mętny, pylasty, dyskretnie owocowy (choć przyznam, że igra ze zmysłami i kilkakrotnie zastanawiałam się czy ta owocowość nie jest zmyślona...) i doskonale kwasowy. Taka biodynamika może się podobać także sceptykom bądź radykalnym przeciwnikom, bo i takich nie brakuje. Jest dyskretna.
Wina Julien Meyer Domaine sprowadza warszawska Enoteka Polska (Petite Fleur ok 50 pln). Powstrzymałam się od zestawienia tego wina z kluskami śląskimi.
Wrażenie lewitacji wzmogło się dziś, kiedy w absolutnym spokoju i niespiesznie mogłam delektować się magicznym Muscatem Petite Fleur, wwąchać się, wsłuchać, wgapić i w całości oddać refleksji. O ile zwykle śmiać mi się chce z desperackiego biokukuryku, wydobywającego się z gardeł winiarzy, o tyle Meyerowi muszę przyznać pewną biodynamiczną rację: w winach Julien Meyer Domaine czuć, że owocom nikt nie przeszkadzał, że wchłonęły z piasku i słońca dokładnie to, co mogły, że czasem dygotały z zimna i że ktoś przyglądał się temu czułym, troskliwym, lecz zdystansowanym okiem. Jest w tych winach niewymuszone piękno, jakaś tajemnica, jakieś niedopowiedzenie. Jakieś czary.
Muscat Petite Fleur jest bardzo elegancki, wyrafinowany, perfumiasty. Cukier, jak we wszystkich winach Meyera, potraktowano z dystansem na granicy pogardy. Jest też jakby mętny, pylasty, dyskretnie owocowy (choć przyznam, że igra ze zmysłami i kilkakrotnie zastanawiałam się czy ta owocowość nie jest zmyślona...) i doskonale kwasowy. Taka biodynamika może się podobać także sceptykom bądź radykalnym przeciwnikom, bo i takich nie brakuje. Jest dyskretna.
Wina Julien Meyer Domaine sprowadza warszawska Enoteka Polska (Petite Fleur ok 50 pln). Powstrzymałam się od zestawienia tego wina z kluskami śląskimi.
poniedziałek, 24 maja 2010
brits
Kiedy tylko pojawi się możliwość, postawię na Trafalgar Square zbiorowy pomnik tym, którzy zarządzają winem w Marks@Spencer. Fajnie, że segmenty cenowe są różne, fajniej, że jest sporo ciekawych wynalazków z Nowego Świata i najfajniej, że poziom jakości win nie lata jak chorągiewka na wietrze.
Póki możliwości postawienia pomnika nie mam, mogę jedynie rozkosznie pomruczeć, powzdychać; szepnąć och i ach nad kolejnymi marksowymi odkryciami (wciąż ceny wokół 2 dych). Na uwagę zasługuje na pewno Macon Villages Vignerons des Terres Secretes: pyszne y punto. Uderza zapachem śniadaniowej grzanki z morelami. Kwasowość zawoalowana, ale po czasie ten woal kokieteryjnie zrzuca i pozuje w całej okazałości. Radosne, świeże, bezbeczkowe. Fenomenalne.
Trochę o tym (i o tamtym...) także na Sstarwines
Niezłym strzałem jest też Plan de Dieu (grenache, syrah, carignan), choć mnie bardziej kojarzył sie z planem szatańskim, niż boskim. Jeżynowy nos z dodatkiem wiśni i czarnych oliwek; usta z pozoru napastliwe i nienasycone, chwile później spokojne i zrównoważone (uczciwie należy dodać, że nie wszyscy mają o tym winie tak dobre zdanie). Kwasowość wyrazista, ale nie nachalna. Średniej budowy. Lekko pieprzne, drapieżne.
Dla niektórych może mieć znaczenie, że korek w tej butelce jest naturalny, o czym Brytyjczycy nie zapomnieli poinformować, więc to pewnie wiadomość niesłychanie ważna (Macon ma zakrętkę).
Jak Marks to robi, że zarówno winny niewypał jak i kompletne wypatroszenie portfela graniczy w tym sklepie z cudem? Anyone?
Póki możliwości postawienia pomnika nie mam, mogę jedynie rozkosznie pomruczeć, powzdychać; szepnąć och i ach nad kolejnymi marksowymi odkryciami (wciąż ceny wokół 2 dych). Na uwagę zasługuje na pewno Macon Villages Vignerons des Terres Secretes: pyszne y punto. Uderza zapachem śniadaniowej grzanki z morelami. Kwasowość zawoalowana, ale po czasie ten woal kokieteryjnie zrzuca i pozuje w całej okazałości. Radosne, świeże, bezbeczkowe. Fenomenalne.
Trochę o tym (i o tamtym...) także na Sstarwines
Niezłym strzałem jest też Plan de Dieu (grenache, syrah, carignan), choć mnie bardziej kojarzył sie z planem szatańskim, niż boskim. Jeżynowy nos z dodatkiem wiśni i czarnych oliwek; usta z pozoru napastliwe i nienasycone, chwile później spokojne i zrównoważone (uczciwie należy dodać, że nie wszyscy mają o tym winie tak dobre zdanie). Kwasowość wyrazista, ale nie nachalna. Średniej budowy. Lekko pieprzne, drapieżne.
Dla niektórych może mieć znaczenie, że korek w tej butelce jest naturalny, o czym Brytyjczycy nie zapomnieli poinformować, więc to pewnie wiadomość niesłychanie ważna (Macon ma zakrętkę).
Jak Marks to robi, że zarówno winny niewypał jak i kompletne wypatroszenie portfela graniczy w tym sklepie z cudem? Anyone?
Etykiety:
carignan,
chardonnay,
Francja,
grenache,
Marks Spencer,
rynek wina,
syrah,
wino i marketing
piątek, 21 maja 2010
no risk no fun?
Producenci wina są jak Flip i Flap, jak Jekyll i Hyde, jak Sekielski i Morozowski. Z jednej strony wierni są naturze, słuchają terroir, stają sie bio- i eko-, stosują tradycyjne metody uprawy i produkcji; z drugiej - bezczelnie flirtują z nowymi technologiami, głównie w obszarze opakowań i korków. Zarówno z tradycyjnego związku, jak i skoku w technologiczny bok czerpią dla siebie to, co najlepsze. Egoiści! Na szczęście ten egoizm odbija się na konsumencie pozytywnym rykoszetem.
Morgan, który przywiózł świetne wina, rzekł: Wyobraź sobie taką sytuację... Para. Romantyczna kolacja. Płoną świece. Atmosfera jest gęsta. On otwiera wiekowego, zacnego burgunda. Jest korkowy! Wyobraziłam więc sobie i rzeczywiście: dżentelmen przynajmniej skonfundowany, dama zawiedziona. Z seksu nici. Istny dramat! Dlatego używamy DIAM korka.
DIAM Cork powstaje ze zmielonego korka. Po zmieleniu usuwa się z niego całe zło, powodujące korkowanie wina, a następnie amalgamuje się z użyciem niewielkich ilości naturalnych substancji klejących. Tego typu korek pozwala na zachowanie wysokiej jakości wina w każdej butelce, a ryzyko choroby wina znika jak zły sen. Mnie się podoba kompromis między tym, co tradycyjne i wymagające użycia korkociągu, a tym, co nowoczesne, rozsądne i tańsze (ok. 20 eurocentów oszczędności na korku - niedużo, ale jednak). Nadaje się do recyklingu i ma korzystny ślad węglowy.
Testowano go ponad dekadę. William Fevre Domaine sprawdzała skuteczność tego typu korka przez kilka lat, a od 2007 roku stosuje go w większości swoich win, z wyjątkiem Grand Crus. Czyżby przeterminowała się dyskusja: korkować czy zakręcać?
Morgan, który przywiózł świetne wina, rzekł: Wyobraź sobie taką sytuację... Para. Romantyczna kolacja. Płoną świece. Atmosfera jest gęsta. On otwiera wiekowego, zacnego burgunda. Jest korkowy! Wyobraziłam więc sobie i rzeczywiście: dżentelmen przynajmniej skonfundowany, dama zawiedziona. Z seksu nici. Istny dramat! Dlatego używamy DIAM korka.
DIAM Cork powstaje ze zmielonego korka. Po zmieleniu usuwa się z niego całe zło, powodujące korkowanie wina, a następnie amalgamuje się z użyciem niewielkich ilości naturalnych substancji klejących. Tego typu korek pozwala na zachowanie wysokiej jakości wina w każdej butelce, a ryzyko choroby wina znika jak zły sen. Mnie się podoba kompromis między tym, co tradycyjne i wymagające użycia korkociągu, a tym, co nowoczesne, rozsądne i tańsze (ok. 20 eurocentów oszczędności na korku - niedużo, ale jednak). Nadaje się do recyklingu i ma korzystny ślad węglowy.
Testowano go ponad dekadę. William Fevre Domaine sprawdzała skuteczność tego typu korka przez kilka lat, a od 2007 roku stosuje go w większości swoich win, z wyjątkiem Grand Crus. Czyżby przeterminowała się dyskusja: korkować czy zakręcać?
Etykiety:
Chablis,
design,
rozwiązania,
rynek wina,
wino i ekologia,
wino i marketing
środa, 19 maja 2010
niebo albo nie wiem co
William Fevre, jeden z większych producentów Chablis, kieruje się w tworzeniu wina przekonaniem, że jest ono nie tyle ekspresją terroir, co wyrazem determinacji winiarza. Dryfujący w stronę biodynamiki, zbierający winogrona ręcznie (chyba jako jedyny w okolicy), korkujący naturalnie, choć idący na kompromis, William Fevre Domaine robi wina niezapomniane, świeże, temperamentne.
Wszystkie wina z rocznika 2007, których próbowałam, były dobrze kwasowe, napięte, skupione jak torreador przed corridą. Z pewnością z chablisowego peletonu wyrywa się tu Fourchaume Vignoble de Vaulorent; klasyczny, mający pewne ciałko, lecz nie pozbawiony egzaltacji francuskiego poety, solidnie kwasowy. Sporo zresztą było wokół niego kontrowersji - dla większości degustujących był to number one.
Moim faworytem jest jednak Les Preuses 2006, choć bardzo żałuję, że doświadczyłam tego wina z tak niekorzystnego dla Chablis rocznika. Ciało ma solidne, wyćwiczone, gibkie, w ustach sporą porcję maślanych ciastek i owoców. Kwasowość przy tym zacna, chwytająca za gardło po chwili kłopotliwego, winnego milczenia. Zupełnie nieoczekiwana i pozostawiająca język w stanie przyjemnego odrętwienia po nieznośnej wręcz dawce doznań. Pachnie i smakuje albo niebem, albo nie wiem czym, że się posłużę prostym słowem jednego z bohaterów książki Zupa z Granatów.
Bez obaw, ceny skutecznie zabezpieczają przed lewitacją.
Te i inne od Fevre w 101win. Za zdjęcia dziękuję wein-rowi.
Wszystkie wina z rocznika 2007, których próbowałam, były dobrze kwasowe, napięte, skupione jak torreador przed corridą. Z pewnością z chablisowego peletonu wyrywa się tu Fourchaume Vignoble de Vaulorent; klasyczny, mający pewne ciałko, lecz nie pozbawiony egzaltacji francuskiego poety, solidnie kwasowy. Sporo zresztą było wokół niego kontrowersji - dla większości degustujących był to number one.
Moim faworytem jest jednak Les Preuses 2006, choć bardzo żałuję, że doświadczyłam tego wina z tak niekorzystnego dla Chablis rocznika. Ciało ma solidne, wyćwiczone, gibkie, w ustach sporą porcję maślanych ciastek i owoców. Kwasowość przy tym zacna, chwytająca za gardło po chwili kłopotliwego, winnego milczenia. Zupełnie nieoczekiwana i pozostawiająca język w stanie przyjemnego odrętwienia po nieznośnej wręcz dawce doznań. Pachnie i smakuje albo niebem, albo nie wiem czym, że się posłużę prostym słowem jednego z bohaterów książki Zupa z Granatów.
Bez obaw, ceny skutecznie zabezpieczają przed lewitacją.
Te i inne od Fevre w 101win. Za zdjęcia dziękuję wein-rowi.
poniedziałek, 17 maja 2010
the race
Dla kogoś, kto koncentruje się na wnętrzu, opakowanie ma zapewne znaczenie drugorzędne, ale chyba nigdy nie jest zupełnie bez znaczenia.
Pamiętając o sile pierwszego wrażenia, projektanci opakowań i winiarskich akcesoriów prześcigają się w nowych pomysłach. Wyścig to rzecz stresująca, być może dlatego coraz częściej opakowanie przypomina szalony melanż inności, tradycji, nowoczesności, ludyczności, który - przyprawiony solidną dawką przesłania i nazwiskiem celebryty - trąci desperacją. Nie omija to wina, ostatecznie to świat seksu i biznesu.
Granic wcale nie wyznacza rozmiar etykiety. Do butelek dołączane są rozmaite gadżety (całkiem udany zabieg marketingu Tchergi, który dorzucił do każdego wina niezły korkociąg); ozdoby (wspominałam o głupawym amorku na szyi San Valentin od Torresa; Espiritu de Chile załączyło imitację inkaskiego naszyjnika - horror!). Ostatnio modne stały się winne naszyjniki, maleńkie ulotki-zawieszki, zawierające ważne według producenta lub importera informacje (np. że ta zawieszka w 90% podlega recyklingowi; jej brak byłby chyba ekologiczny w 100%). Projektanci lewitują, coraz częściej tworząc dla butelek kuszące i dopracowane w detalu fatałaszki, mające cieszyć oko, podkreślić walory i uczynić trunek luksusowym i bardziej sexy. To taki prosty bodziec: tu jestem! rozbierz mnie i skosztuj!
W tym kontekście przypomnę jeszcze gorset na butelce szampana Piepper - Heidsick.
Rozumiem, że celem jest jak największa sprzedaż. W głowie mi się jednak nie mieści, że ogól nie dostrzega w tym pewnego absurdu... obwiązanie wstążką butelki prosecco Rustico od Nino Franco nie sprawiło, że wino smakowało inaczej. Podobnie jak marksowy Pinot Grigio Rose nie stał się spektakularny mimo ekscytującej, wstążkowej gry wstepnej.
Pamiętając o sile pierwszego wrażenia, projektanci opakowań i winiarskich akcesoriów prześcigają się w nowych pomysłach. Wyścig to rzecz stresująca, być może dlatego coraz częściej opakowanie przypomina szalony melanż inności, tradycji, nowoczesności, ludyczności, który - przyprawiony solidną dawką przesłania i nazwiskiem celebryty - trąci desperacją. Nie omija to wina, ostatecznie to świat seksu i biznesu.
Granic wcale nie wyznacza rozmiar etykiety. Do butelek dołączane są rozmaite gadżety (całkiem udany zabieg marketingu Tchergi, który dorzucił do każdego wina niezły korkociąg); ozdoby (wspominałam o głupawym amorku na szyi San Valentin od Torresa; Espiritu de Chile załączyło imitację inkaskiego naszyjnika - horror!). Ostatnio modne stały się winne naszyjniki, maleńkie ulotki-zawieszki, zawierające ważne według producenta lub importera informacje (np. że ta zawieszka w 90% podlega recyklingowi; jej brak byłby chyba ekologiczny w 100%). Projektanci lewitują, coraz częściej tworząc dla butelek kuszące i dopracowane w detalu fatałaszki, mające cieszyć oko, podkreślić walory i uczynić trunek luksusowym i bardziej sexy. To taki prosty bodziec: tu jestem! rozbierz mnie i skosztuj!
W tym kontekście przypomnę jeszcze gorset na butelce szampana Piepper - Heidsick.
Rozumiem, że celem jest jak największa sprzedaż. W głowie mi się jednak nie mieści, że ogól nie dostrzega w tym pewnego absurdu... obwiązanie wstążką butelki prosecco Rustico od Nino Franco nie sprawiło, że wino smakowało inaczej. Podobnie jak marksowy Pinot Grigio Rose nie stał się spektakularny mimo ekscytującej, wstążkowej gry wstepnej.
sobota, 15 maja 2010
płeć wina
Upłciowienie wina jest problematyczne - dotąd nie uznawałam podziału wina na kobiece czy męskie. Uważałam go za fałszywy i bazujący na szkodliwych stereotypach (pomijam już różnorodność kryteriów płci: płeć genitalna, hormonalna, genetyczna, seksualna czy płeć mózgu, żeby wymienić choć kilka). Jednak po spróbowaniu izraelskiego syropowego gewürza Sha'al odruchowo powiedziałam: to bardzo kobiece wino. Rieslingi Markusa Molitora na tej samej degustacji wydały mi się dla odmiany męskie (a jeden metroseksualny).
Przyjęło się, że wina męskie to te, co prężą muskuły, szpanują mocą garbników, są szorstkie w obyciu. Bywają wśród nich mistrzowie fitnesu, karykaturalni na tle bladych intelektualistów, nieokrzesani i niezdarni jak monster truck w składzie porcelany. Wina kobiece to te łagodne, krągłe, słodkie. Nie wychylają się, nie wychodzą przed szereg, za to skutecznie zamykają męskie usta cukrem czy nachalnym, ale i świeżym owocem. Metafora życia, chciałoby się krzyknąć! Czy aby na pewno?
W krytyce wina dominuje spojrzenie szownisty-wzrokowca: wina są zmysłowe, seksowne, egzotyczne, pełne; piękne i kobiece (to o Margaux 2009); mają talię osy, kuszące usta, piękne ciała. Są obiektem, by nie rzec - celem. Osobiście odbieram wino poprzez pryzmat emocji, jakie się we mnie budzą, kiedy mam je w ustach. Przykładowo, kiedy piłam Château de l'Horte, czułam, że to namiętna zołza. Taka babka, co ubiera się w czerń i róż, wplata we włosy kwiat, maluje usta na czerwono. Intensywnie pachnie jaśminem i czereśniami, nosi dobrze wyprasowaną sukienkę. Obiecuje wiele, słowa nie dotrzymuje. Łasi się, udaje grzeczną tylko po to, by za moment zasznurować usta słodyczą, wbić paznokcie w plecy i posłusznie zezwolić na sponiewieranie doskonale gładkiego ubrania.
Kwestię płci wina porusza także Sławek Chrzczonowicz w tekście Męskie, żeńskie czy nijakie, do którego odsyłam i który polecam. Jak każde szufladkowanie, i w tym przypadku jest krzywdzące, niesprawiedliwe i wprowadza w błąd, sugerując istnienie dwu jedynie płci i tyleż samo charakterów czy ciał. A tego wszystkiego jest ostatecznie nieco więcej. Na szczęście.
Przyjęło się, że wina męskie to te, co prężą muskuły, szpanują mocą garbników, są szorstkie w obyciu. Bywają wśród nich mistrzowie fitnesu, karykaturalni na tle bladych intelektualistów, nieokrzesani i niezdarni jak monster truck w składzie porcelany. Wina kobiece to te łagodne, krągłe, słodkie. Nie wychylają się, nie wychodzą przed szereg, za to skutecznie zamykają męskie usta cukrem czy nachalnym, ale i świeżym owocem. Metafora życia, chciałoby się krzyknąć! Czy aby na pewno?
W krytyce wina dominuje spojrzenie szownisty-wzrokowca: wina są zmysłowe, seksowne, egzotyczne, pełne; piękne i kobiece (to o Margaux 2009); mają talię osy, kuszące usta, piękne ciała. Są obiektem, by nie rzec - celem. Osobiście odbieram wino poprzez pryzmat emocji, jakie się we mnie budzą, kiedy mam je w ustach. Przykładowo, kiedy piłam Château de l'Horte, czułam, że to namiętna zołza. Taka babka, co ubiera się w czerń i róż, wplata we włosy kwiat, maluje usta na czerwono. Intensywnie pachnie jaśminem i czereśniami, nosi dobrze wyprasowaną sukienkę. Obiecuje wiele, słowa nie dotrzymuje. Łasi się, udaje grzeczną tylko po to, by za moment zasznurować usta słodyczą, wbić paznokcie w plecy i posłusznie zezwolić na sponiewieranie doskonale gładkiego ubrania.
Kwestię płci wina porusza także Sławek Chrzczonowicz w tekście Męskie, żeńskie czy nijakie, do którego odsyłam i który polecam. Jak każde szufladkowanie, i w tym przypadku jest krzywdzące, niesprawiedliwe i wprowadza w błąd, sugerując istnienie dwu jedynie płci i tyleż samo charakterów czy ciał. A tego wszystkiego jest ostatecznie nieco więcej. Na szczęście.
Etykiety:
Francja,
gewürztraminer,
Izrael,
kultura,
Margaux,
Markus Molitor,
Niemcy,
płeć wina,
riesling,
wino i marketing
środa, 12 maja 2010
nie ma tego złego
Chciałam napisać, że Blanc Pescador jest drażniące, że smakuje jedynie przez krótki moment, kiedy uda się uchwycić dobrą temperaturę wina (wtedy jest super! macabeo jak dla mnie lepiej wypada w towarzystwie drobnych bąbelków, niż kiedy jest stateczne); że zalewa półki od Girony po Sevilę, kosztuje 2 euro i jest najbardziej marketowym z marketowych win hiszpańskich (ups... katalońskich patriotów przepraszam). Chciałam napisać, że stosunek ceny do jakości jest stanowczo przerywany i że za dwadzieścia parę złotych można mieć więcej radochy nawet w kraju kartofla; i że się nada
na lato, ot tak. Chciałam, to napisałam.
na lato, ot tak. Chciałam, to napisałam.
Kupiłam to wino, bo bezczelnie mnie uwiodło cytatem z Moby Dick or the Whale na etykiecie. Że u podstaw reklamy leżą proste instynkty nie jest żadnym odkryciem: etykieta to wabik, zupełnie jak piórka u pawia, jak głęboki dekolt, paznokcie w kolorze Ferrari czy woal dekadencko pysznych perfum. Choćbyś był klientem o niezwykle czułym podniebieniu, raz na jakiś czas poddasz się takiej grze i ulegniesz pod naporem banalnych chwytów. Blanc Pescador złowił mnie więc metodą klasyczną, a w zasadzie sama wpłynęłam w jego sieci i bynajmniej nie mam do niego o to pretensji - ostatecznie sama prosiłam się o taki flirt. Przygodny, nota bene.
Nie miałabym nic przeciwko temu, żeby mnie tak uwodziły polskie etykiety.
Etykiety:
design,
macabeo,
Mielżyński,
wino i marketing,
wino musujące
poniedziałek, 10 maja 2010
viognier dobry na wszystko
Spośród wszystkich szczepów największym współczuciem darzę viognier. Marketowemu klientowi mało znany, niedoceniany także przez wysublimowane podniebienia fachowców, wielbiących dojrzałe rieslingi znad Mozeli i królewskie, choć nieco zbutwiałe, Bordeaux. Internetowy zbiór mitów wokół tego szczepu urasta do rozmiarów chmury pyłu wulkanicznego, który paraliżuje ruch lotniczy: że viognier musi być drogi, że viognier musi być z Nowego Świata, że viognier jest nijaki, że viognier do śmietany. Że viognier to, że viognier tamto...
Tymczasem viognier to szczep kompromisu, cichy rozjemca: łączy w sobie najlepsze cechy gewürztraminera, chardonnay i sauvignon blanc. Przy czym trójkąt ten, dobrze złożony, współgra ze sobą, dzieli się sprawiedliwie, nie krzywdzi nikogo - wiadomo, w trójkącie najgorsze jest ryzyko bycia pominiętym. Tym, którym straszna kwasowość rieslinga, niemiła kocia siuśkowatość sauvignona czy grzankowość i sztampowość chardonnay, sugerowałabym sięgnąć po to właśnie wino-orkiestrę, którego bukiet nie jest tak duszny, jak w szczepowym gewürzu, chardoneyowatość jest minimalna i ma klasę (czuć ją głównie w fakturze wina), a sauvignon nie tonie w spazmach i histerii, lecz jedynie daje znać o sobie dobrze wyważoną kwasowością.
Jest także przedziwna, ledwie uchwytna chemia między viognierem i kuchnią wschodu: współgra z curry, cynamonem, a także z jogurtowymi sosami, orzechami czy słodkawymi przyprawami. Nieco przaśny solo i do grilla. Niedoceniany.
Ten ze zdjęcia jest przyjemnie nonszalancki jak czysta, wygnieciona koszula Francuza, wgryzającego się elegancko w ciepłego croissanta w gwarnym, pachnącym poranną kawą Tabacu; kosztuje w M&S dwie dychy.
Tymczasem viognier to szczep kompromisu, cichy rozjemca: łączy w sobie najlepsze cechy gewürztraminera, chardonnay i sauvignon blanc. Przy czym trójkąt ten, dobrze złożony, współgra ze sobą, dzieli się sprawiedliwie, nie krzywdzi nikogo - wiadomo, w trójkącie najgorsze jest ryzyko bycia pominiętym. Tym, którym straszna kwasowość rieslinga, niemiła kocia siuśkowatość sauvignona czy grzankowość i sztampowość chardonnay, sugerowałabym sięgnąć po to właśnie wino-orkiestrę, którego bukiet nie jest tak duszny, jak w szczepowym gewürzu, chardoneyowatość jest minimalna i ma klasę (czuć ją głównie w fakturze wina), a sauvignon nie tonie w spazmach i histerii, lecz jedynie daje znać o sobie dobrze wyważoną kwasowością.
Jest także przedziwna, ledwie uchwytna chemia między viognierem i kuchnią wschodu: współgra z curry, cynamonem, a także z jogurtowymi sosami, orzechami czy słodkawymi przyprawami. Nieco przaśny solo i do grilla. Niedoceniany.
Ten ze zdjęcia jest przyjemnie nonszalancki jak czysta, wygnieciona koszula Francuza, wgryzającego się elegancko w ciepłego croissanta w gwarnym, pachnącym poranną kawą Tabacu; kosztuje w M&S dwie dychy.
Etykiety:
chardonnay,
Francja,
gewürztraminer,
Marks Spencer,
riesling,
sauvignon blanc,
viognier,
wino i kulinaria
piątek, 7 maja 2010
wine story
Niech ta wizualna metafora będzie wisienką na torcie moich ostatnich rozważań nad winem. Bo z piwem sobie tej historii jakoś nie wyobrażam. Ani z herbatą.
Etykiety:
Moscatel,
viognier,
wino i kulinaria,
wino i marketing,
wino i rozrywka
środa, 5 maja 2010
o wyższości
Przewaga wina nad innymi napojami wyskokowymi jest dla mnie oczywista. Zaczynam jednak dochodzic do wniosku, że to nie tylko moje subiektywne odczucie, lecz pewna prawda obiektywna, której odbicie znajduję w reklamach; te z założenia odwołują się do utrwalonych stereotypów.
Wino w reklamie to napój radosny, a jeśli przedstawia się je w kontekście sypialnianych igraszek, to zawsze jako coś, co można pomysłowo współdzielić. Pomijam już bezdyskusyjne kwestie biochemiczne, o których pisałam w lutowym Magazynie Wino, a które sprawiają, że apetyt na przyjemności rośnie do granic. Zresztą
o erotycznych wątkach w reklamie wina blogowałam wcześniej, posiłkując się reklamą Freixeneta znalezioną w sieci.
Tymczasem piwo przedstawiane jest jako napój dla pozbawionych wrażliwości troglodytów, napakowanych testosteronem bestii, aroganckich i kipiących pewnością siebie przystojniaczków, bezrefleksyjnych męskich szowinistów, wielbicieli silikonu, woni potu i spalonej gumy. Nie żebym miała coś przeciwko. Absolutnie.
Tym niemniej spróbujcie wyobrazić sobie finał tych spotów, gdyby trunkiem towarzyszącym było wino...
Wino w reklamie to napój radosny, a jeśli przedstawia się je w kontekście sypialnianych igraszek, to zawsze jako coś, co można pomysłowo współdzielić. Pomijam już bezdyskusyjne kwestie biochemiczne, o których pisałam w lutowym Magazynie Wino, a które sprawiają, że apetyt na przyjemności rośnie do granic. Zresztą
o erotycznych wątkach w reklamie wina blogowałam wcześniej, posiłkując się reklamą Freixeneta znalezioną w sieci.
Tymczasem piwo przedstawiane jest jako napój dla pozbawionych wrażliwości troglodytów, napakowanych testosteronem bestii, aroganckich i kipiących pewnością siebie przystojniaczków, bezrefleksyjnych męskich szowinistów, wielbicieli silikonu, woni potu i spalonej gumy. Nie żebym miała coś przeciwko. Absolutnie.
Tym niemniej spróbujcie wyobrazić sobie finał tych spotów, gdyby trunkiem towarzyszącym było wino...
Subskrybuj:
Posty (Atom)












