piątek, 30 kwietnia 2010

para idealna

Let's the spring begin! Wystarczy, że poszłam na targ po bułkę, a wróciłam z tym:


Należę do osób, które Wojtek Bońkowski określiłby mianem konstytucyjnej większości, i choć zwykle nie lubię być w tłumie, tym razem kompletnie mi to nie przeszkadza. Kiedy jadłam pierwsze w tym roku szparagi, sącząc rieslingowego klasyka, mój refleksyjny mąż powiedział za mnie: perfecto!

Niewiele trzeba, by życie stało się piękne: mnie wystarczył pęczek obscenicznych, białych szparagów i zimne wino od Marksa&Engelsa - alzacki riesling, który uwiódł mnie klasycznymi nutami cytrusów i minimalnym, ale jednak obecnym cukrem oraz tym, że stawia się w opozycji do mainstreamowej polityki winnej M&S (o kilku innych miłych winach z M&S pisałam ostatnio, choć nie wymieniłam jednego z lepszych, czyli rieslinga Mineralstein; niedopatrzenie...). Z pewnością nie spodoba się ogółowi, ale nie zawiedzie miłośników odmiany. Jest długo i intensywnie. I poniżej 30 pln.


Takiej majówki wszystkim życzę. Może dodatkowo w towarzystwie lektury nowego Magazynu Wino, który właśnie stygnie w Empikach.

czwartek, 29 kwietnia 2010

Nino Franco: niedrogo, doskonale

Jeśli chodzi o wina musujące, to szkoły są z grubsza dwie: falenicka i otwocka. O metodzie szampańskiej pisałam kiedyś, delektując się franciacortą Bersi Serlini.

Wczorajszy wieczór był dla mnie doskonałym brakiem okazji do otwarcia butelki prosecco (najdoskonalsze uprawy znajdują się w Veneto, między Conegliano i Valdobbiadene). Od rocznika 2009 strefa ta ma status DOCG (zlikwidowano dawną apelację IGT) i dzięki rygorystycznym przepisom udało się Włochom wysuszyć ocean kiepskich i tanich odmianowych win musujących, hańbiących prosecco. Otworzyłam więc Rustico Nino Franco (recenzje ze sstarwines.pl).


Porządnie schłodzone tańczy na języku, serwując maksimum doznań. Bąble są doskonałe: zero agresji, delikatne, ale i wyraziste, zachęcająco podszczypujące. Zapach dyskretny, elegancki, jedynie anonsujący się; kwasowość i owoc rywalizują ze sobą, a że gdzie dwóch się bije, tam korzysta trzeci, zyskuje na tym podniebienie. Wytrawność Rustico jest na granicy bólu i przyjemności. Powalające!

Gdybym była królową, nie kąpałabym się w mleku, lecz w tym właśnie prosecco.

Mielżyński. Złotych czterdzieści parę.

poniedziałek, 26 kwietnia 2010

moscatel, Valencia y Bárbara, la abuela

Wino to przyjemny bodziec dla mojej skomplikowanej węchowej pamięci. Niejednokrotnie zdarza się, że rozpoznaję w bukiecie wina jeden wątły kwiatek, który staje się dla mnie symbolem beztroski (i naiwności, a jakże!) dzieciństwa. Czuję się wtedy tak, jakbym niebyt dyskretnie kartkowała czyjść durny dziennik pełen mitów i mdłej szczęśliwości. Nie szukam tych reliktów - to one mnie odnajdują, zaskakują zawsze tak samo i pozostają ze mną, choćbym ich nie chciała.


Nieczęsto piję wina słodkie, ale jeśli już mam na nie molodię, mogę wypić sama choćby całą butelkę. Moscatel de Valencia nie jest wyjątkiem: łączy w sobie cytrusy, agrest i miód, a te nieodłącznie kojarzą mi się z domem dziadka i leniwymi popołudniami, kiedy wymęczona własną wyobraźnią zasiadałam przy białym kuchennym stole, sącząc wodę z miodem i cytryną. To niezawodna babcina metoda na zabicie mojego dziecięcego pragnienia - tego samego, które, dziś dorosłe, gaszę winem.

Wino (Marks&Spencer, 21 dobrze wydanych złotych) jest lepkie, pachnie upalnym latem, ulem, pszczołami. Zabójczo słodkie, ale i świeże, będę więc musiała zweryfikować swoją mydlaną definicję muskatów. Zwykłe wino, a powoduje lawinę dobrych wspomnień. Czy jestem odmieńcem?  

Da igual.
 
28.04.2010: w kontekście komentarzy, żeby ułatwić zapamiętanie tego, czego kupować nie należy (choć mąż nie pozwolił wylać, może podobno zostać dla mamusi):

piątek, 23 kwietnia 2010

kiper myli się raz

Pijący wino dzielą się z grubsza na tych, którzy Roberta Parkera lubią i tych, którzy mrugają porozumiewawczo okiem na dźwięk jego nazwiska. Mam jednak wrażenie, że wszysycy liczą się z nim, ostatecznie to self-made man, znawca wina, fanatyk Bordeaux; Parker jest winnym Neronem, który jednym, powolnym ruchem palca może winiarza skazać na sukces lub rynkową śmierć.

The Guardian, a za nim także najnowszy numer tygodnika Forum, maluje bardzo tajemniczy portret Roberta Parkera - niedostępnego celebryty, unikającego nie tylko fleszy i rozgłosu, ale też powietrza, którym oddychają zwykli śmiertelnicy, winiarski proletariat. Wszystko w kontekście niedawnej degustacji młodych win, która zaważy na cenie win en primeur dodatkowo z sugestią, że w pracy kipera bardziej liczy się szczęście, niż umiejętności i rzeczywista ocena jakości trunku (przy czym autor używa arbitralnych stwierdzeń z gatunku prawda jest taka, coraz więcej dowodów wskazuje; przy czym żadne dowody przytaczane nie są).


Parker jako jedyny krytyk degustował młode Bordeaux osobno, w przeciwieństwie do całej rzeszy specjalistów, którzy uczestniczą w grupowej degustacji. Jak to było z tą władzą? Ach, że demoralizuje..? A władza absolutna demoralizuje absolutnie.

Nie ma uzasadnienia żaden monopol - nie jest zdrowo, gdy w rękach jednego człowieka spoczywa los winiarzy, tak jak życie ludzkie spoczywało w kapryśnych rękach cara lub jego kochanki. Jeden człowiek, a trzęsie winiarskim cennikiem i zaczarowanym ołówkiem rysuje wykresy londyńskiego Liv-exa.

środa, 21 kwietnia 2010

pink nightmare

Nie jestem naiwna - ostatecznie życie to nie bajka. Za każdym razem jestem jednak zaskoczona tym, jak łatwo przyzwyczaić się do dobrego i pozwolić oczekiwaniom rosnąć i rosnąć. Pisałam o ofercie owada w zachwytach, ewentualnie po prostu przyznając, że to dobry poziom marketowych win portugalskich w bajecznie niskich cenach (ba, ostatnio kręciłam nosem widząc biedronkowe wino za 15 pln; rozbój w biały dzień!).

Trzeba jednak spojrzeć prawdzie w oczy i pokazać bezlitosnym, zimnym paluchem to, czego w Biedronce kupować nie należy:


Rose Fado jest smutne jak fado, lecz kompletnie bezrefleksyjne i nie odratowały go nawet piękne okoliczności przyrody. Ostentacyjne jak monster truck, lepkie jak różowy bentley Paris Hilton. Landryna, sztuczny syrop, aż dziwi mnie, że mężowi smakowało (i dobrze, niech sobie wypije tą butelkę, która kurzy się gdzieś w domu). Odradzam także czerwone Real Forte (białe jest ok) - cierpkość stetryczałego frustrata, bez wyrazu, bez radości - zwyczajnie dycha wyrzucona w błoto. Obydwie butelki niespotykanie obrzydliwe, agresywne, aroganckie, nachalne.

Biedronko, don't do this again!

poniedziałek, 19 kwietnia 2010

smak języka

Przed nazbyt ostentacyjną żałobą i prohibicją schroniłam się z rodziną w małym domku w lesie i wtuliłam w gościnne ramiona koreańskiej powieści Smak Języka podarowanej przez męża. O książce napisać muszę, bo choć momentami narracyjnie kuleje, pozwala spojrzeć na świat pełnią zmysłów. Wszystkich, nie tylko wzroku.


Jest kucharka i jest architekt: ona z pasją gotuje, on kocha jeść; są razem, mają psa. Kucharka łapie architekta na zdradzie, kiedy ten, skrajenie nierozważny, zabawia się perwersyjnie (chociaż... czy ja wiem?) z kochanką w sypialni swojej i kucharki. Później jest już tylko gorzej: kucharka zostaje sama z psem i cierpi. Kochanka nie chce psa, więc i architekt go nie chce. Pies fiksuje przy załamanej kucharce, więc ostatecznie trafia do architekta i kochanki. Kochanka zamyka psa w łazience, a później zabija go patelnią, którą otrzymała kiedyś od kucharki (przed sceną z sypialni, oczywiście). Ostateczna fiksacja z powodu utraconej miłości popycha kucharkę do zbrodni, lecz nie jest to zbrodnia byle jaka: kucharka zaprasza architekta na pożegnalną kolację, na której serwuje trufle, szparagi i absolutnie niepowtarzalny w smaku pieczony język kochanki przyprawiony miłością, pożądaniem i zemstą. Do tego Barolo.


Nie interesują mnie te na siłę skomplikowane relacje, natomiast świat ukazany w Smaku Języka jest przepyszny, a jedzenie i wino - erotyczne, zmysłowe. Kult języka, ust i podniebienia jest dla mnie całkowicie zrozumiały, bo to one pozwalają na czerpanie z pozbawionej dna studni wrażeń. I na dzielenie się nimi, mówienie o nich lub wymowne milczenie.

Smutek ma swój smak. Tęsknota także. Podobnie jak radość, zemsta czy wiosna; i wszystkie same odnajdują się w winie.

piątek, 16 kwietnia 2010

na co wydać dwie dychy

Wina można traktować jak ciuchy i bieliznę: wina codzienne, wina odświętne, a jeszcze inne na tête à tête z tym jedynym (lub jednym z wielu, zależnie od upodobań). Podobną klasyfikację prywatnej piwnicy proponuje w swojej książce K. Zraly, choć bardziej po męsku, bez zawiłych bieliźnianych metafor.

O winach codziennych, łatwych i przyjemnych pisywałam już, idę więc za ciosem i dziś tanich odkryć ciąg dlaszy: Marks&Spencer (tak, to ten sklep z ciuchami).


Wypiłam (nie sama!) kilka win od Marksa i Engelsa. Nie były spektakularne, ale wymagać tego od win produkowanych masowo to tak, jakby mieć pretensje do McDonaldsa, że świnie zmielił razem z kopytami i korytem. Były to wina smaczne, niedrogie, choć stosunek jakości do ceny biedronkowego vinho verde podnosi marketową poprzeczkę bardzo wysoko. Były też mainstreamowe, ale to może być zaletą w pewnych okolicznościach.

Las Falleras kosztowało niespełna 9 pln (przecena) i nadawało się przynajmniej do gotowania. Mężowi odpowiadało także do picia, więc może zrecenzuje w komentarzu. Valpolicella była bardzo poprawna, taka w sam raz dla wszystkich i do wszystkiego, choć nie wysadziła z kapci Pavla i Ani. Muscadet mnie nie uwiódł, był bez wyrazu, to jedyny marksowy niewypał. Pinot grigio nęcił mnie głównie etykietą, ale i zawartość przyjemna, choć można się czepić zbyt ostentacyjnej obecności alkoholu. Hitem jednak był dla mnie australijski gewürztraminer/riesling Pheasant Gully (21 pln). Pomijając jego mainstreamowość i sporą nieśmiałość wobec tego, co w tych szczepach najintensywniejsze i najpiękniejsze (aromaty gewurza to przeciez sama radość!), był pyszny, właściwy, dobrze kwaśny i cytrusowo świeży.Polecam.


Wszystkie pochodzą z własnej marksowej selekcji, widać w nich brytyjską zachowawczość, ale i dbałość o jakość. Ceny między 9 a 35 pln, choć większość oscylowała wokół 20 pln. Pięknie, prawda?

środa, 14 kwietnia 2010

kiss kiss, bang bang

Spotkanie, o którym prawie napisałam pod koniec zeszłego tygodnia, było dla mnie przede wszystkim eventem towarzyskim. Tym niemniej trudno mi nie podzielić się przyjemnymi, pozasmakowymi nowinami z polskiego winnego podwórka.

Podoba mi się ewolucja Winnic Jaworek, które postawiły przed sobą nowe wyzwanie i wydzierżawiły winnice w południowo-wschodniej Macedonii. Efekt wart grzechu: macedoński sauvignon blanc kusi dyskretną słodyczą, świeżymi owocami i klasycznym aromatem - pewnie dzięki temu zbiera wysokie noty, a w sprzedaży ma być dostępny w ciągu kilku miesięcy. Ale, ale... kolejna niespodzianka: macedońska przygoda sprowokowała duże zmiany w estetyce etykiet, o których już kiedyś niezbyt pochlebnie pisałam. Fontów może za dużo, ale wabik i tak niezły.... Jedyne czego wciąż nie pojmuję, to upór w umieszczaniu obrazów na etykietach, ale to pewnie jakaś nowoczesna forma mecenatu, prawda?



Jeszcze bardziej zaskoczył mnie gewürztraminer i pinot gris z Winnicy Węgrów, których wierną fanką będę tak długo, jak moje kubki smakowe będą sprawne. Wina rześkie, soczyste, dobrze kwaśne, pysznie owocowe i aromatyczne do zawrotu głowy. Robocza wersja wygląda tak (mam cichą nadzieję, że się zmieni, hmm?):


Takie koszmarki można jednak wybaczyć w kontekście radosnych wniosków, że w Polsce da się robić pyszne wino!

Oczywiście win na spotkaniu było znacznie więcej, między innymi Camartina Querciabella 2004 Toscana, której ślad na języku kojarzy mi się wyłącznie z lizaniem deski pełnej drzazg. Ale o tym może innym razem.



Zdjęcia pochodzą ze Sstarwines za ustną zgodą autora.

sobota, 10 kwietnia 2010

bardzo osobisty łyk...

...za to, co ważne:


Zaplanowałam sobie, że po leniwym tygodniu podzielę się dziś refleksją z wrocławskiego winnego eventu i radością ze wspólnego degustowania czy z tego, że ludzie wciąż mają ciała, twarze i głosy. To wszystko przecież jest ważne.

Z wiadomych przyczyn mogę się jedynie podzielić refleksją na temat współodczuwania, żalem nad kruchością życia i niemożnością przewidywania. I wiarą, że ludzie żyją, póki się o nich pamięta. To wszystko przecież też jest ważne, prawda?

środa, 7 kwietnia 2010

nie taki BIB straszny...

Nie jeden raz wychwalałam zalety win w kartonach. BIBy są relatywnie tanie, pojemne, przyjazne dla środowiska.

Kaganek, choć zmęczony, wędruje; zawędrował także do najbliższego [kwietniowego] wydania Magazynu Wino, o czym wspomniał także Tomasz Prange-Barczyński na swoim blogu, serwując w hołdzie zmarłemu niedawno Thomasowi Angove resume tekstu, który popełniłam.


Pozostaje mi zachęcić do lektury i szukania kompromisu. Kompromis, trudne słowo.

wtorek, 6 kwietnia 2010

muskatowe lewitacje

Brak porządnej sieci wymusza na mnie wakacje. Dlatego dziś znów leniwe wyznania ćwierćerotyczne, jak niemal wszystkie związane z winem i jedzeniem, o czym pisałam zresztą sadzając Erosa w kuchni. Przepraszam, ale muszę.

Lubię moment rozgryzania jędrnego winogrona: sok tryska ze świeżego owocu wprost na zęby, podniebienie, język. Nie oszczędza ust, serwując im obsceniczny, lepki prysznic. To dla mnie doznanie estetycznie porównywalne z tym, kiedy stoję nad brzegiem morza, fala wymywa mi piach spod stóp, a niesforne ziarenka błądzą między palcami. Zagubione, oszalałe, nachalne i wszechobecne. I jedno doznanie, i drugie jest dyskretne jak resztki szeptu, które przez milisekundę trwają na skórze szyi tuż poniżej ucha.


Muscat Domaine des Marronniers (G. Wach; Alzacja; 2008) doskonale odświeża takie wrażenia: atakuje soczystym winogronem, dyskretną, lepką słodyczą i goryczą, o której chce się rzec jak o łyżce w Matrixie: there’s no sour. Jest złudna; to znika, to pojawia się. Wino w moim typie: proste, bez zadęcia, szczere i pozytywnie zwykłe. Oddane, nie szuka poklasku. Nie jest mydlane.

Mniej lewitacji, nieco więcej konkretów: sstarwines.pl. I jeszcze pieśni pochwalne o producentach, winiarzach bez biodynamicznego hokus-pokus.

Muskaty to chyba dobry pomysł na poświąteczny deserowy odwyk?

czwartek, 1 kwietnia 2010

książka, okładka, ocena

Kiedyś już pisałam, że design ma znaczenie. Nie zmieniłam zdania.

W którymś numerze Sibaritas 2009 (Sibaritas świętej pamięci, można dodać; a numer był pewnie kwietniowy) Paloma López-Piña zrobiła kawał dobrej roboty, podsumowując piętnaście y pico lat hiszpańskiego designu etykiet wina. Podsumowanie to było niemal jak powieść drogi ze ślepym i kulawym w rolach głównych, nie wiadomo jednak kto kogo prowadził: projektant winiarza czy może odwrotnie. Tym niemniej dziś zarówno ślepiec jak i kuśtyczka są w zupełnie innym punkcie, zaszli razem imponująco daleko. Dlatego warto czerpać z tej powieści.


Że etykieta powinna powstawać w wyniku procesu twórczego, wiedzą chyba wszyscy. Że powinna za etykietą stać jakość wina - chyba także. Sama lubię dobry design, bo dopieszcza mnie, mówi o tym, że producent traktuje mnie poważnie, chce mi coś powiedzieć, zawołać Tu jestem! Weź mnie! (najlepiej woła kampania Vino Argentino, mój faworyt). Wiem, ostatecznie pijemy wino, nie naklejkę, ale o tym, że wino to warte jest uwagi wie jedynie producent i dział marketingu, którzy razem muszą światu tą fantastyczną nowinę przekazać. Przyznam, że w powyższym kontekście, zaimponowali mi bohaterowie artykułu Palomy Lopez-Piñi swoim profesjonalnym, a jednocześnie artystycznym podejściem: nie tylko jeżdżą do winnic zleceniodawcy w poszukiwaniu romantycznych archetypów, ale też próbują te archetypy ożenić z nowoczesnością, zaadaptować je do nowych okoliczności i zgrabnie podkreślić to, co w danym kliencie najlepsze lub najbardziej inne.Po ponad piętnastu latach hiszpański design etykiet doczekał się światowego poklasku, otrzymując wiele prestiżowych nagród (choćby Wolda czy Good Design).


Tak, różnimy się od Hiszpanów temperamentem, okolicznościami przyrody, ilością śniegu, kulturą wina i kulturą w ogóle. Mimo to uważam, że raczkujący design polskich etykiet mógłby przestać imitować klasyczne wzory chateaux lub odwoływać się do sobie jedynie znanej symboliki, zerknąć na lepszych zza miedzy, a przede wszystkim ukorzenić się i przestać traktować etykietę jak zbędny balast.

Zamerdam z radości ogonem w zamian za wszelkie linki do podobających się, spójnych lub wymownych etykiet.