wtorek, 30 marca 2010

krwiste afrodyzjaki

Kiedy widzę krowę w postaci takiej lub takiej, coś dziwnego dzieje się ze mną: jak gdyby gościł w mojej głowie jakiś krwiolubny Mr. Hyde. Dotąd sądziłam, że to dobry punkt wyjścia do ewentualnej rozmowy z psychiatrą czy najmniej psychologiem, okazuje się jednak, że jestem, pod tym względem, całkowicie normalna. Dziś więc coming out: mam na imię Ewa i kręci mnie martwa krowa.


Eros rozgościł się bezczelnie w kuchni. Zdania psychologów są zresztą w tej kwesti dość zbieżne: seks i wrażenia smakowe łączą się z najbardziej podstawowymi potrzebami (prokreacja i żarełko), a dodatkowo współdzielą organy poznawcze, czyli oko, język i mózg (no przecież!). Ostatecznie zarówno sałatę, krowę, wino, jak i ciało badamy organoleptycznie. Dodatkowo zaproszenie na kolację ze śniadaniem jest sygnałem chęci zaspokojenia tychże potrzeb. Wszystkich. Do obłędnej sytości.

Do moich niedawnych, magazynowych rozważań na temat wina i libido należałoby więc dodać, że warto to wino zagryźć czymś obscenicznym. Parafrazując Marka Bieńczyka: dopiero wtedy jest całość.

Smacznego!

sobota, 27 marca 2010

nie o cierpliwości, o niecierpliwości

Mam pewną wadę; obok istnej Niagary zalet, oczywiście. Z powodu tej wady nigdy nie będę miała winnej piwniczki, nie dla mnie długodystansowy wine banking, nie ofiaruję mojemu dziecku w dniu jego pełnoletniości przechowywanego niemal dwie dekady wina.

Jestem niecierpliwa.

Wypijam wszystko, co kupuję i dostaję. Nie potrafię na wino czekać i nie zamierzam - jakiś czas temu machnęłam na to ręką, choć podobno wiele przez tą niepohamowaną zachłanność tracę. Ot, choćby ostatnio, otworzyłam ileśtamletniego rieslinga znad Mozeli, wartego wysiłku dłuższego czekania (oczywiście nie leżakował u mnie w domu - nie osiagnąłby takiego wieku; zresztą w moim domu leżakuję tylko ja, mąż i Paco, el perro). Z początku rozdrażnił mnie kwasowością, a następnie uraczył bogatymi cytrusami, koperkiem i niebywałą lekkością. Za kilka lat pewnie wynagrodziłby dieslowym medalem cierpliwości.


Media sprzedają dwie (z grubsza) filozofie wina, dwa winopoglądy: jedni kreują je na produkt wyjątkowy, będący symboliczną wisienką na torcie sukcesu (głównie wina musujące, choćby Freixenet i Peiper Heidsieck, o których reklamach już kiedyś pisałam). Drudzy traktują wino jak przyjemną codzienność, jak trunek-umilacz życia, napój bez tabu i bez zadęcia - choćby kampania wizerunkowa Vino Argentino. To chyba oczywiste, że bliższa mi jest ta druga filozofia? Najlepiej pasowałby do mnie hasło amerykańskiej kampanii generycznej: Wine. What are you saving it for?

Skoro więc nie zapewnię sobie możliwości spróbowania choćby takiego starego rieslinga, pozostaje mi o nim za jakiś czas przeczytać. Podobnie jak o innych skarbach, z których dobrowolnie rezygnuję, dobierając się do każdej zdobytej butelki z zachłannością młodzika, któremu udaje się w ciemnym parku zasmakować opakowanych w sukienkę piersi niedoszłej kochanki, i który rozmyśla później pod osłoną nocy jak by to mogło być: poczekać i cierpliwie, dojrzale, całkowicie zaczerpnąć...

29.03.2010: Pewnie powstrzymałabym sie od wypicia Lafite 2005, gdyby akurat wpadła mi w ręce taka butelka. Są więc wyjątki od powyższej reguły.

czwartek, 25 marca 2010

energy drink

Ostatnio było trochę o dzieciach i szkodliwości nałogu alkoholowego idę więc za ciosem i... dziś też o młodzieży  i winie, tym razem jednak wzmacnianym.

Buckfast Tonic Wine jest jak energia jądrowa: może być wykorzystywany w dobrym celu, ale jest wykorzystywany w złym.  To wino wzmacniane wyrabiali angielscy mnisi i sprzedawali je w małych butelczynach w ilości jak na lekarstwo, w produkcji bazując na recepturze wywiezionej z Francji. Po utracie koncesji na sprzedaż alkoholu zlecono ją firmom trzecim, które chcąc zwiększyć obroty postanowiły oferować produkt szerokiej publiczności jako napój wyskokowy, co zaowocowało jego ogromną dziś popularnością przede wszystkim w Irlandii i Szkocji.


Pierwotny, mnisi slogan Three small glasses a day, for good health and lively blood okazał się bardzo przewrotny. Buckfast Tonic Wine to dziś najchętniej wybierany przez żądną wrażeń młodzeż szkocką i irlandzką napój alkoholowy, głównie z racji na akceptowalny słodki smak, wyższą niż w piwie zawartość alkoholu oraz wysoką dawkę kofeiny (dawką z butelki 750 ml dałoby się obdzielić prawie 10 puszek coca-coli). Bucky stał się więc symbolem ulicznego picia, winem klasy robotniczej i niegrzecznych dzieci.

BBC pokusiło się nawet o buckfastowe badania (obszar Strathclyde, Szkocja), których wyniki są faktycznie wymowne: nazwa Buckfast pojawia się w 5638 raportach dotyczących przestępstw (lata 2006-2009, daje to średnio 3 przestępstwa dziennie). Jedno na każde dziesięć z tych przestępstw było spontaniczne i brutalne, a butelka została użyta jako broń 114 razy. Dodatkowo w samym 2009 roku 43% młodocianych przestępców (z próby prawie 200) piło Buckfast Tonic Wine przed dokonaniem przestępstwa.

Oto co się dzieje, gdy połączyć francuską recepturę, brytyjską produkcję oraz irlandzką i szkocką młodą krew!


26.03.2010; Edit: w świetle wyników badań przeprowadzonych przez BBC, obszar zastosowania wina poszerza się.

poniedziałek, 22 marca 2010

matka dziecku, refleksyjnie;

Ustawa o wychowaniu w trzeźwości wywołuje we mnie określone, zawsze te same reakcje, których nie chcę na tym blogu zdradzać, bo to nie blog o polityce. Oczywiście rozumiem problem: młodzi spożywają nadmierne ilości alkoholu, na dodatek ci młodzi są coraz młodsi, co niepokoi nawet mnie (jestem mamą temperamentnego prawietrzylatka - powinnam już się bać!?). Nie można jednak nie postawić z tej okazji prostego pytania: co ma do tego jakakolwiek ustawa? I czy da się człowieka ochronić przed nim samym?

Do rzeczy jednak: dziwny to twór marketingowy, Winezero. Dealkoholizowane wino jakościowe stworzone przez Manuela Zanellę i Massimiliano Bertoliniego głównie z myślą o młodzieży, którą to ma uchronić przed niechybnym popadnięciem w nałóg alkoholowy, jeśli, o zgrozo!, będzie piła wino normalne. Winezero to produkt włoski (efekt wieloletnch badań, a jakże); powstaje z najlepszych odmian z Duero, Rueda i Cigales, przechodzi wszelkie procesy właściwe dla produkcji wina zawierającego alkohol, tyle że na koniec jest tego alkoholu pozbawiane poprzez destylację próżniową. Dzięki temu żaden trzynastoletni koneser wina nie popadnie w uzależnienie, depresję, nie stanie się toksycznym elementem w jakże zdrowym społeczeństwie.



Winezero bez ogródek stosuje lękogenną i przykrą kampanię marketingową, żonglując emocjami zmartwionego i kochającego rodzica, zagubionego nastolatka czy odpowiedzialnego opiekuna. Puszy się jak paw i dumnie wpisuje w kampanię na rzecz walki z szerzącą sie w świecie zarazą alkoholizmu, nie próbując nawet otrzeć się o podłoże problemu, strzelając młodym w ich wątłe kolana. Winezero, My Hero!  Ocalisz moje dziecko?

Mój syn dowie się ode mnie, że alkohol może poniewierać i uzależniać. Ale pewnie zdania w tej kwestii -  delikatnej, bo wychowawczej - są różne. Zachęcam do refleksji.

sobota, 20 marca 2010

owadzi kolaż

Pisałam niedawno, jak można fajnie wydać dychę. Uznałam dziś, że mówienie o jednym wyłącznie, cudownym, radosnym i sławnym już owadzim vinho verde jest niesprawiedliwością wobec frakcji czerwonych.

Tanie wina z Biedronki są dla mnie jak skarby z lumpeksu: odjechane i tanie. Można je targać do domu całymi galonami, cieszyć się różnorodnością, a portfel nie skamle z wycieńczenia. Ponieważ jednak nie każdemu podoba się grzebanie w retrośmieciach i polowanie na unikaty, postanowiłam zestawić białe i czerwone (ba! nawet jedno różowe) owadzie wina warte wyskoczenia z owej symbolicznej dychy (ceny od 9,90 do 14,90). Stąd ten kolaż:



Najmniej wpasowało się w nasz (mój i męża) gust czerwone wino Reserva dos Amigos, najbardziej Dao. Przypominam też, że o tanich marketowych opcjach, niekoniecznie portugalskich, pisałam już tu, tam i tutaj.

Bardziej szczegółowych recenzji win z owada i ich smakowych niuansów można szukać na Sstarwines i w odpowiednim wątku na gazetowym forum.

Saúde!

czwartek, 18 marca 2010

zen? nie zen?

Zabierając się do notki o winach Juliana Meyera, chciałam postawić się w opozycji do estetyczno-duchowych przeżyć Wojtka Bońkowskiego. Nie wiem jednak czy to możliwe.

Natura często pogrywa z ludzkim przekonaniem o wszechwiedzy i jednym, leniwym kiwnięciem palca zrzuca go z tronu świata wskazując miejsce na dywanie. Wina biodynamiczne bywają dowodem tak na kaprysy, jak na wspaniałomyślność Matki Ziemi. Do Juliena Meyera ma ona najwyraźniej niezwykłą słabość.

Wszystkie wina Meyera wypalone mają na ciele jego inicjały: kwasowość wyrazista, bezdyskusyjna wytrwność, szczególna mineralność (ale o tym więcej pisze Wojtek Bońkowski, który wina Meyera uznał za winiarski zen) i lekceważony cukier. Lekkość. Wszystkie są jesienne, pachną wilgotnymi liśćmi lub zapomnianymi jabłkami, które przed nagłą śmiercią ratuje hibernująca moc wczesnego, bezlitosnego mrozu. Te wina są przejmujące, zimne i ascetyczne jak szary i senny jest krajobraz po pierwszych przymrozkach.


Żeby jednak zupełnie nie puszczać się kredensu: jeśli spodziewasz się typowego rieslinga, nie znajdziesz go. W miejsce muskatowych mydlin Meyer podsunie Ci elegancki, kwiatowy Muscat Petite Fleur. Zamiast przesłodzonego pinot gris poda Ci mineralną, stylową, rodzynkową wersję bez cukru. Absolutnie genialny jest Pinot Blanc - wino wielowymiarowe, niekończące się, lekko maślane, którego surowość pojawia się i znika. Zapach przewrotny jak perfumy-jabłko Niny Ricci, a końcówka mrozi gardło jak woda pita z metalowego wiadra, prosto ze studni.

Warte grzechu są bukiety wszystkich rieslingów, jednak te rozczarowały mnie wątłym ciałem (to u mnie ostatnio częste; co by powiedział Freud?). Być może jednak za bardzo nastawiłam się na typowego Alzatczyka? Jedno jest pewne: trudno o tych winach pisać po prostu, bez lewitacji.

@Enoteka Polska; ceny różne (42-127 pln; dość osobliwe widełki, prawda?)

środa, 17 marca 2010

the man I love

Małżeństwo moje, choć młode, zawisło na włosku z powodu tego skromnego wina, najniższej półki Georga Breuera:


Martwię się o męża - najwyraźniej ma urojenia! Wyczuł wanilię, cytrusy i grzankę z masłem. Ja wyczułam zgniecioną papierówkę. Mąż wyłowił w ustach dobrą kwasowość, deserowe białe winogrona, czereśnię z pestką. Ja odnalazłam zgniecioną papierówkę! Może czereśnię także? Mąż, szalony!, odnalazł poprawnego rieslinga z bardzo pięknym nosem. Ja odnalazłam przeciętnego rieslinga z nosem najwyżej banalnym.

Po recenzji na Sstarwines mogłabym wnioskować, że to ze mną coś jest nie tak, gdyż w życiu nie określiłabym tego wina słowami: żylaste, krzepkie. Dla mnie jest chuderlawe, cienkie, chorobliwie szczupłe i wątłe (a w piosence jest: someday he'll come along and he'll be big and strong...). Nawet ta kwasowość zupełnie nie taka. Krótkie i hałaśliwe jak wiosenna burza. Cała para w gwizdek. Zrzęda, uciął mąż, przed nami pewnie ciche dni.

To wino kosztuje prawie pięć dych (wiem, to riesling) i zdecydowanie nie jest tym jedynym
@Mielżyński

P.S. To Gershwin with love:

poniedziałek, 15 marca 2010

wino z owada

Są chwile w życiu kobiety, kiedy nie wstydzi się ona bycia fanką kiełbasy surowej polskiej i vinho verde z owada.

To są chwile niebywałej szczęśliwości, mimo niewyspania, bolących gnatów, wiecznego niedoczasu i nadmiaru obowiązków. Chwile, w których łyk wina za dychę powoduje olśnienie, a świat upraszcza się do leniwego odbierania wrażeń.

Postanowiłam zadedykować ten krótki filmik wszystkim miłośnikom taniego wina, które jest dobre, bo jest dobre i tanie:



Wino z Biedronki wywołało ochy i achy na schadzce u Grzegorza i Kory. Było bardzo ciekawym, przyjemnie plebejskim, ale też dumnym towarzyszem franciacorty i win z Nowego Świata.

Owocnego tygodnia!

sobota, 13 marca 2010

winem malowanie

Zdania na temat istoty wina są podzielone, co widać choćby w komentarzach do ostatniego tekstu o degustacjach na stojąco.To dobrze pięknie się różnić.

Będę się upierać, że wino to nie tylko przefermentowany sok z winogron, lecz sztuka. Mam na to dowód:



Czyż wino nie jest inspirujące? Jakieś pomysły, do czego jeszcze może posłużyć? (uprasza się rozpaczliwie, by Truskawkowa Pryta i Deo powstrzymali się od komentarzy)

Miłego weekendu.

czwartek, 11 marca 2010

o degustacjach na stojąco

Mike Veseth to wyjątkowo refleksyjny ekonomista, wiem to nie od dziś. Poruszył ostatnio ważny aspekt społeczny wina jako jednego z niewielu wytworów ludzkiej ręki, które nie są pozbawione osobowości, unikalności, ukorzenione są w miejscu narodzin i cechy tego miejsca przekazują w świat do ostatniej kropli swojego istnienia. Profesor Veseth postawił wino w opozycji do zmakdonaldyzowanego świata architektury, muzyki, mediów. Sądzę, że ma rację. Częściowo.

Lektura artykułu Vesetha zasmuciła mnie, choć początkowo nie wiedziałam, dlaczego. Oczywiście pewna młoda i pełna ideałów część mnie wyje z rozpaczy nad zanikającymi elementami tradycji, nad stopniowym wykorzenianiem tego, co piękne i ludowe, nad przemieloną przez nieudanych tłumaczy literaturą czy totalnie zaoraną architekturą regionalną. Nie podoba mi się odczasowiona i pozbawiona korzeni muzyka oraz to, że ludową biżuterię peruwiańską produkują masowo małe, chińskie rączki. Tym niemniej inna część mnie, zwana racjonalną (czy mąż śmieje się!?), dobrze wie, że ludzka czasoprzestrzeń zmniejsza się i, choć staje się troszkę duszna, można czerpać z niej także bezdyskusyjne korzyści.

Jak to się ma do wina? Ano, ma się.


Wino to czysta ekspresja. Wyraża osobowość winiarza, jego filozofię życia, pęd za modą lub przywiązanie do tradycji, czasem wręcz śmieszną niedzisiejszość; wyraża siedlisko, z którego pochodzi. Pozwala temu, kto moczy w nim usta, poczuć inny świat, przenieść się w czasie i przestrzeni, może nawet poznać, jak to jest być kimś innym; potrafi odkopać zakurzone i ukryte wspomnienia toskańskich wakacji sprzed grubo ponad dekady; W opozycji do tego wszystkiego stają masowe degustacje, które, choć trudno dyskutować z ich wieloma zaletami (głównie towarzysko-poznawczymi), odzierają wino z intymności i czynią je popularnym produktem spożywczym. Wrażliwy poszukiwacz, zamiast oddać się przyjemności i refleksji, brodzi po kostki w winie, lepki, zmęczony i przygnieciony nadmiernym ciężarem wrażeń, by w zalewie win bez płci i osobowości wyłowić jedną, maleńką perłę; tą, która bez ceregieli wyjawi swoje pochodzenie, wyzna najgorsze grzechy młodości, a następnie odda się namiętnie i całkowicie chętnemu podniebieniu. Szczera do bólu i bezwstydna. Może nawet dumna? Z pewnością niepodrabialna.

niedziela, 7 marca 2010

wino i pomidory

Hiszpanie mają bliski mojemu stosunek do jedzenia: pałaszują całe mnóstwo małych i prostych rzeczy, a do wina mają podejście bardzo radosne. Usiłują wydusić z niego maksymalną dawkę radości, są prawdziwymi kulinarnymi i winnymi hedonistami.

Buñol, nieduże miasteczko opodal Walencji, zamienia się raz do roku w pomidorowy bajzel, a jego miszkańcy oraz masa szalonych pielgrzymów paradują umazani i roześmiani bez żadnych kompleksów. Pierwsza tomatina odbyła się w Buñol zupełnie spontanicznie: w 1945 roku, w ostatnią środe sierpnia (do dziś to stały termin tomatiny), wywiązała się bójka między zebranymi na placu uczestnikami tradycyjnej parady gigantes y cabezudos (parada wielkich kukieł, prezentujących postacie historyczne lub mitologiczne). W ruch poszły właśnie miękkie pomidory, podobnie rok poźniej, i dwa, i trzy. Po trzynastu latach burmistrz miasteczka, bezsilny wobec faktów, zalegalizował pomidorową fiestę, a od lat osiemdziesiątych władze Buñol zapewniają dostawę amunicji. Dziś liczba uczestników sięga dziesiątek tysięcy ludzi, a zużywane do walki pomidory osiągają imponującą wagę 130 ton. Oczywiście później wspólne sprzątanie, mycie, etc. Polecam tomatinę - można się zupełnie bezkarnie ubrudzić, wyśmiać, ganiać, przewracać, ocierać, nacierać. I najeść.



Dalej będzie o oblewaniu się winem. Odradzam wszystkim o słabych newrach.

W pobliżu Haro, miasteczka w regionie Rioja Alta, odbywa się już od ponad stu lat coroczna winna bitwa - batalla del vino. Tradycja narodziła się banalnie, podczas zwykłej bijatyki, która wywiązała się na mocno winem zakrapianej hulance i w ciągu kilkunastu lat ewoluowała w kierunku fiesty radosnej, przyjemnej i, paradoksalnie, oczyszczającej. Jeśli masz okazję odwiedzić Rioję w okolicach 29 czerwca, weź obowiązkowo białe wdzianko i przygotuj się na imprezę bachiczną, mokrą i lepką, o niepowtarzalnym smaku wina i ludzkich ciał. Nie bierz ze sobą dzieci! Dla nich odbywa się od kilku lat zupełnie odrębna impreza, zwykle 2-3 dni przed wielkimi bachanaliami dla dorosłych.

Oto krótka relacja z grzesznej fiesty, prowadzona przez, jak to określił eufemistycznie mój ślubny, niezłą artystkę:



I jak?

Jeśli zupełnie nie pasuje Ci ten termin, podobna impreza, zwana batalla de clarete, ma miejsce prawie miesiąc później w San Asencio (La Rioja). Znów nie? To jeszcze 9 września w Llamigo, w Asturii, guerra del vino.

piątek, 5 marca 2010

design ma znaczenie

Zdania na temat win polskiej produkcji są, niestety, podzielone. Polski kwasior to wciąż częste określenie, o stosunku ceny do jakości nawet wspominać nie warto, choć oczywiście zdarzają się perełki warte swojej ceny (Cabernet/Merlot, Winnice Jaworek; mniam! Albo Chardonnay/Auxerrois, także od nich).

Mnie osobiście najbardziej smuci design etykiet. Smuci mnie, bo jest smutny:


Nieciekawa etykieta mówi, że i wino jest nieciekawe. Odnoszę wrażenie, że winiarze nie przywiązują do tego wagi, jakby nie zdawali sobie sprawy, że o pierwszym zakupie danego wina decyduje również atrakcyjny wygląd butelki (odsyłam do lektury The Psychologist), zwłaszcza w kraju tak nie wyedukowanym w sprawach wina, jak Polska. Zawartość flaszki natomiast decyduje o wierności. Metafora życia, chciałoby się rzec!

Etykieta powstaje w wyniku procesu twórczego. Może odwoływac się do tradycji winnicy (o ile taka tradycja istnieje) lub charakteru winiarza, może być popowa, nowoczesna, może być po francusku klasyczna lub po niemiecku minimalistyczna. Może nawiązywać do zawartości butelki, sugerować ewentualną płeć targetu lub zwyczajnie, bez ekscesów, informować o swoim pochodzeniu. Może to wszystko i jeszcze więcej. Musi natomiast być atrakcyjna, zapadać w pamięć, a najlepiej, by śniła się po nocach. Tym bardziej boleję, że etykiety win polskich nie nawiązują do charakterystycznych motywów rodzimych, kolorowych, ludowych i ludycznych - ostatecznie inspiracji w tradycyjnej sztuce nie brakuje. Etykieta wykorzystująca te motywy może się podobać lub nie (casus Tchergi, której nie kupiłaby Tib), ale na pewno staje się łatwiejsza do zapamiętania i kojarzy się z produktem krajowym, jeśli wystąpują na niej np. takie elementy:


Oczywiście nie każdy lubi polskie wzornictwo ludowe rodem z Cepelii czy skansenu - motywów dyskretniejszych także nie brakuje. Ostatecznie zawsze pozostaje motyw gołej baby. Najskuteczniejszy, prawda?

środa, 3 marca 2010

labirynt Minotaura

Praca nad kolejnym winnym tekstem wzbogaciła mnie o garść ekorefleksji. W zasadzie sypnęła mi nimi prosto w oczy, z zaskoczenia, jakby były piaskiem.

Ekologia w kontekście przemysłu winiarskiego ma wiele twarzy, czasem wręcz przywdziewa maski: począwszy od najbardziej skrajnej, kontrowersyjnej i drogiej produkcji biodynamiczej, poprzez wina organiczne czy powstałe tradycyjnie, lecz ekologicznie pakowane. O ile najbardziej zatwardziałe w swych poglądach ekofracje wytykają nieraz producentom te połowiczne rozwiązania, o tyle ja widzę w nich poszukiwanie kompromisu. A dążenie do kompromisu zawsze jest dobre.

Takim ekokompromisem jest opakowanie typu Bag in Box, wszelkie próby obniżenia ciężaru butelki czy choćby wspomaganie potrzebujących. Producenci umożliwiają miłośnikom wina konsumpcję w rytmie easy ethics, jednocześnie budując przyjazny wizerunek marki.


Ekokompromisem można śmiało nazwać działalność małych i średnich producentów wina (oczywiście im większa firma, tym trudniej jej być eko). Dobrym przykładem może być Hiszpania, w której standardem w prowadzeniu firmy jest, obok troski o zyski własne i pracowników, działalność fundacyjna. Na rzecz ochrony przyrody i poprawy warunków życia ludzi najbardziej potrzebujących działają zarówno duże firmy (np. Torres), jak i mniejsze, choćby Emilio Moro - bodega, której fundacja działa na rzecz sprawiedliwego dostępu do wody pitnej w miejscach, w których stanowi to naprawdę poważny problem.

Wszystkie te rozwiązania zmierzają do połączenia kilku potrzeb pozornie nie dających się pogodzić: potrzeba konsumenta, znośna cena wina, zarobek dla producenta i dobro Matki Ziemi. Mam wrażenie, że ta symbioza jest możliwa. Wymaga jednak współpracy i poświęcenia ze strony wszystkich zainteresowanych, spotkania w połowie drogi, wyszukania się po śladach w istnym labiryncie ekorozwiązań.

Tylko czy Szanowny Konsument myśli o ekologii, kupując wino, hmm?

I dlaczego nie?

poniedziałek, 1 marca 2010

wino, kobiety i seks

To będzie nowy cykl, złotomyślowy nieregularnik.

I ten nieregularnik będzie interaktywny, dlatego serdecznie zapraszam do dodawania wybranych cytatów (z kogoś, z siebie, może być nawet z cioci z Koszalina) w komentarzach.

Cytat na początek marca:
Docenić stare wino to jak uprawiać seks z bardzo starą kobietą. To możliwe. Może nawet być przyjemne. Wymaga jednak odrobiny wyobraźni.   
(Андрей Челищев, 1901-1994)


Update (02.03.2010): żeby dla wszystkich było jasne, o czym dyskusje w komentarzach. W lutowym Magazynie Wino popełniłam artykuł o wpływie wina na życie erotyczne, do którego graficy, spośród wielu propozycji, które im wysłałam, wybrali najbardziej obsceniczną: rycinę Agostino Carracciego. O taką: