Dziś w przymrużeniem oka.
Zrobiłam trzy różne testy na winną przynależność, znalezione w dalekich, zakurzonych zakątkach sieci. Zaczęłam od tego (należy zignorować końcowe żądanie rejestracji - wyniki i tak się pojawią) i dowiedziałam się, że jestem chardonnay: You are classy and nice, but not too complicated. Easy to grow, easy to make, easy to buy, and easy to drink. What's not to love about Chardonnay? W rzeczy samej.
Dla pewności zrobiłam kolejny test. Znów chardonnay, choć z nieco przychylniejszą recenzją: Fresh, spirited, and classic - you have many facets to your personality. You can be sweet and light or deep and complex. You have a little bit of something to offer everyone... no wonder you're so popular. Approachable and never smug, you are easy to get to know (and love!). Deep down you are dependable and modest Your partying style: Understated and polite Your company is enjoyed best with: Cold or wild meat.
Już prawie pogodziłam się z tym, że jestem winkiem łatwym, prostym i przyjemnym... Jednak do trzech razy sztuka. Bingo! Tym razem shiraz: Unique, interesting, and sometimes mysterious. Your friends often describe you as unique, hip, and interesting. You can also be spontaneous and surprising, thinking of exciting things on a whim and getting your friends excited about them. Some may even see you as mysterious - a unique person full of surprises and ideas. You don't like to be "normal" and look to express your uniqueness in your clothes and lifestyle. Shiraz (or Syrah) has pronounced tastes of black pepper and spice.
Ostatecznie kobieta zmienną jest.
A Ty? Jakim winem jesteś?
niedziela, 28 lutego 2010
sobota, 27 lutego 2010
italiano per stranieri
Gambero Rosso Top Italian Wines Roadshow odbędzie się 10 marca. To impreza jedyna w swoim rodzaju: winiarską trasę włoscy producenci rozpoczęli w listopadzie (już po raz trzeci) pokazami w Zurychu i Moskwie, kontynuując ją w styczniu w Kopenhadze i Berlinie, w lutym w Paryżu i Brukseli. Finał na marcowych degustacjach w Londynie i Warszawie.
To nie tylko okazja do przekrojowego przeglądu tego, co najlepsze we włoskim winiarstwie od chłodniejszej północy po gorące południe, to również możliwość osobistego spotkania producentów, zadawania im pytań i dokonania własnych obserwacji na temat rozwoju winiarstwa i jego poziomu we współczesnych Włoszech.
Jeśli masz chęć napoić zmysły, szczegóły dotyczące zapisów znajdziesz na stronie internetowej Magazynu Wino.
Do zobaczenia!
To nie tylko okazja do przekrojowego przeglądu tego, co najlepsze we włoskim winiarstwie od chłodniejszej północy po gorące południe, to również możliwość osobistego spotkania producentów, zadawania im pytań i dokonania własnych obserwacji na temat rozwoju winiarstwa i jego poziomu we współczesnych Włoszech.
Jeśli masz chęć napoić zmysły, szczegóły dotyczące zapisów znajdziesz na stronie internetowej Magazynu Wino.
Do zobaczenia!
czwartek, 25 lutego 2010
na co wydać dychę?
Wina degustowane przez redaktorów Magazynu Wino podzielone są na kategorie cenowe. Najniższą z nich stanowią wina w cenie do 30 pln, ale z obserwacji moich wynika, że to zwykle przedział między 25 a 30 pln. To dla sporej części ludzi pijących wino i tak spory wydatek.
Oddzielną kategorię podczas degustacji powinny stanowić wina do 15 pln, choć taką kategorię możnaby swobodnie nazwać "Najlepsze wina z Biedronki", bo właśnie zniesławiony swego czasu dyskont spożywczy bryluje wśród importerów tanich win z Portugalii. Tanich i dobrych (więcej o nich na gazetowym forum o winie; sporo rzetelnych recenzji ma też Sstar) - wśród litrów popłuczyn można wynaleźć prawdziwe perełki.
Ponieważ ostatni raz piłam wino za dychę jeszcze w liceum (o ile można to nazwać winem..? musiałabym pogadać z kumplami z ogólniaka), miałam niemałe opory przed otwarciem biedronkowego vinho verde. No, ale darowanemu winu się w nic nie zagląda. Dostałam, to i wypiłam. Vinho verde branco, Leira do Canhoto:
Tym większe było moje zaskoczenie, kiedy zamiast siary wywąchałam skoszoną, wysuszoną w słońcu trawę i cytrusy. Było jeszcze większe, gdy nalałam wino do kieliszka i spostrzegłam maleńkie bąbelki. Gdybym osobiście kupiła tą butelkę, to już na tym etapie uznałabym owe 10 pln za dobrze wydane.
W smaku owocowo-cukierkowe, niesforne i radosne jak brudne, pulchne dziecko; zaczepnie podszczypuje język po czym ucieka roześmiane. Zostaje tylko echo.
Do tego jest tańsze, niż barszcz.
Oddzielną kategorię podczas degustacji powinny stanowić wina do 15 pln, choć taką kategorię możnaby swobodnie nazwać "Najlepsze wina z Biedronki", bo właśnie zniesławiony swego czasu dyskont spożywczy bryluje wśród importerów tanich win z Portugalii. Tanich i dobrych (więcej o nich na gazetowym forum o winie; sporo rzetelnych recenzji ma też Sstar) - wśród litrów popłuczyn można wynaleźć prawdziwe perełki.
Ponieważ ostatni raz piłam wino za dychę jeszcze w liceum (o ile można to nazwać winem..? musiałabym pogadać z kumplami z ogólniaka), miałam niemałe opory przed otwarciem biedronkowego vinho verde. No, ale darowanemu winu się w nic nie zagląda. Dostałam, to i wypiłam. Vinho verde branco, Leira do Canhoto:
Tym większe było moje zaskoczenie, kiedy zamiast siary wywąchałam skoszoną, wysuszoną w słońcu trawę i cytrusy. Było jeszcze większe, gdy nalałam wino do kieliszka i spostrzegłam maleńkie bąbelki. Gdybym osobiście kupiła tą butelkę, to już na tym etapie uznałabym owe 10 pln za dobrze wydane.
W smaku owocowo-cukierkowe, niesforne i radosne jak brudne, pulchne dziecko; zaczepnie podszczypuje język po czym ucieka roześmiane. Zostaje tylko echo.
Do tego jest tańsze, niż barszcz.
wtorek, 23 lutego 2010
ugh..!
Zdrowie mi nie dopisuje. Na szczęście mam męża, którego kubki smakowe są sprawne (przynajmniej do wczoraj były) i któremu niniejszym umożliwiam wyplucie zasłużonej dawki jadu w kierunku lubianego przez nas Makro. Cytuję (po cenzorskiej obróbce):
"Zapakowane w kwietniu 2009 roku Grillo di Sicilia (serarossa, importer Bartex-Bartol, BIB, ~60 zł/3l) to wrzód w ofercie makro. Być może kiedyś to wino było full, intense fruity i well structured (cytat z internetowej poezji producenta). Dzisiaj jest po prostu stare, zbutwiałe, obrzydliwe.
Mam nadzieję, że odbiorą lekcję, która właśnie pogrąża francuskich winiarzy. O ile trzy, cztery lata temu omijałem marketowe półki, na których stały głównie przestarzałe, ratowane rozpaczliwymi kupażami francuskie sikacze w cenie 50 złotych, o tyle dziś, zapewne za sprawą najgłębszego od lat kryzysu, o którym m.in. tutaj, można kupić już za połowę tej ceny świetne, młode wina bordoskie.
Wracając do Grillo di Sicilia: niech się wstydzi importer i producent. Formalnie nie ma się do czego przyczepić: jest to białe, wciąż jeszcze wino. A praktycznie - całe trzy litry wędruje do zlewozmywaka. Zapewne próbując ocalić zyski w kiepskim 2009 roku importer kupił po pół euro za litr parę ciężarówek wina, ratując je przed smutnym końcem w wytwórni octu i wciska bezczelnie z dziesięciokrotną przebitką. Nieładnie.
Psują markę kraju, markę importera, reputację win BIB, kulturę picia wina w Polsce, mój humor...poprawię je drugim BIB, które jest explicite tanie - to tempranillo selección od Don Simon, 39.90 za 3 litry. Świeże, proste, ciut przykwaśne, ale tempranillo pełną gębą."
Koniec cytatu. Pozostaje mi jedynie dodać do tego moją ogromną radość: doczekaliśmy czasu, kiedy fakt, że wino w kartonie jest niedobre, szczerze nas zaskakuje i bulwersuje!
niedziela, 21 lutego 2010
ekologia: trudne słowo
Nie przepadam za czerwonym winem, ale właśnie rozpracowałam garnachę od Torresa (28 pln), czystą: San Valentin (2008). To wino smakuje jak bożolak, jest niesforne, ale ma klasę; jarzębinowe z nutą granatu. Pachnie wanilią. O zawrót głowy przyprawia mnie natomiast sama końcówka, która pojawia się, kiedy myślisz, że to co najlepsze, już jest za Tobą. Czujesz wtedy posmak czereśni tak intensywny, jakbyś zjadł ich kilogram, bujając w obłokach na hamaku w upalne popołudnie.
Butelka zwróciła moją uwagę zielonym medalem doklejonym do etykiety (nota bene nieco kiczowatej, stylizowanej kształtem na serce; chyba jedynie resztki zdrowego rozsądku projektanta lub producenta sprawiły, że etykieta sercem nie jest). Ten medal to wyróżnienie, przyznawane przez The Drinks Business Magazine tym firmom z branży alkoholowej, które poza dbałością o rozwój i przychód firmy, mniej lub bardziej intensywnie myślą o przyszłości planety (więcej o tym pisze Ekoistka). Jeśli myślą i działają tak dużo jak Torres, dostają order:
Ten sam Torres, który wprawdzie nie produkuje win organicznych (tym lepiej dla portfela!), ale korzysta z odnawialnych źródeł energii i znacznie obniża ciężar swoich butelek, by ich ślad węglowy był mniejszy, nie powstrzymał się od uwieszenia na wątłej szyjce butelki symbolu swojego porażającego niezdecydowania i niekonsekwencji: odlanego z plastiku, rozpaczliwie szkaradnego, absolutnie zbędnego, oplecionego zawstydzoną katalońską flagą złotego amorka.
Viva San Valentín! Viva el amor!
Viva el dinero!
Butelka zwróciła moją uwagę zielonym medalem doklejonym do etykiety (nota bene nieco kiczowatej, stylizowanej kształtem na serce; chyba jedynie resztki zdrowego rozsądku projektanta lub producenta sprawiły, że etykieta sercem nie jest). Ten medal to wyróżnienie, przyznawane przez The Drinks Business Magazine tym firmom z branży alkoholowej, które poza dbałością o rozwój i przychód firmy, mniej lub bardziej intensywnie myślą o przyszłości planety (więcej o tym pisze Ekoistka). Jeśli myślą i działają tak dużo jak Torres, dostają order:
Ten sam Torres, który wprawdzie nie produkuje win organicznych (tym lepiej dla portfela!), ale korzysta z odnawialnych źródeł energii i znacznie obniża ciężar swoich butelek, by ich ślad węglowy był mniejszy, nie powstrzymał się od uwieszenia na wątłej szyjce butelki symbolu swojego porażającego niezdecydowania i niekonsekwencji: odlanego z plastiku, rozpaczliwie szkaradnego, absolutnie zbędnego, oplecionego zawstydzoną katalońską flagą złotego amorka.
Viva San Valentín! Viva el amor!
Viva el dinero!
Etykiety:
Hiszpania,
Katalonia,
rynek wina,
The drinks business magazine,
Torres,
wino i ekologia
sobota, 20 lutego 2010
Bachus w Pałacu
Prezydent ma ponoć ludzką twarz. Prezydent Polski, uściślijmy:
Kaczyński wielbi książęce wino.
Sporo w artykule konkretnych etykiet, co nie do końca mi się podoba. Ile warta jest taka reklama?
Kaczyński wielbi książęce wino.
Sporo w artykule konkretnych etykiet, co nie do końca mi się podoba. Ile warta jest taka reklama?
czwartek, 18 lutego 2010
naga prawda
W różnych zakątkach sieci znależć można magiczne recepty na zwiększenie sprzedaży, nakładu niszowych pism branżowych czy odwiedzalności stron www. Wszytskie łączy jedno: ekologia lub goła baba.
W kontekście wina jest inaczej - taka była moja pierwsza myśl. Przecież to trunek zasocjowany z more sophisticated things in life, że zacytuję Felicity Carter po raz kolejny, choć nieco ironicznie. Przypomina mi się jednak reklama Freixeneta, która jest dobrym dowodem na to, że nic nie jest marketingowo bardziej plastyczne i nie sprzedaje się dziś skuteczniej niż właśnie ta metaforyczna goła baba, czyli po prostu seks:
sexy sommeliers
Wino jest podszyte erotyzmem, to dla mnie prosty fakt. Ale czemu akurat bąbelki są trunkiem dla dwojga? Jakieś pomysły? Poza tym, że korek sugestywnie strzela.
W kontekście wina jest inaczej - taka była moja pierwsza myśl. Przecież to trunek zasocjowany z more sophisticated things in life, że zacytuję Felicity Carter po raz kolejny, choć nieco ironicznie. Przypomina mi się jednak reklama Freixeneta, która jest dobrym dowodem na to, że nic nie jest marketingowo bardziej plastyczne i nie sprzedaje się dziś skuteczniej niż właśnie ta metaforyczna goła baba, czyli po prostu seks:
sexy sommeliers
Wino jest podszyte erotyzmem, to dla mnie prosty fakt. Ale czemu akurat bąbelki są trunkiem dla dwojga? Jakieś pomysły? Poza tym, że korek sugestywnie strzela.
Etykiety:
Felicity Carter,
goła baba,
rynek wina,
wino i ekologia,
wino i marketing
środa, 17 lutego 2010
winny lider
Nie jestem wprawdzie trenerem czy psychologiem biznesu, ale sprawa jest dla mnie prosta, instynktowna: każde stado potrzebuje lidera, żeby nie pozjadać sie wzajemnie i mieć większe szanse w starciu z innym stadem.
Nie tak dawno pisałam o kampanii promującej wino krajowej produkcji w Argentynie, przedsięwzięciu długoterminowym, dalekowzrocznym, zabawnym i na dodatek skutecznym. Okazuje się, że faktycznie niektóre krajowe rynki winiarskie dostrzegają problem braku lidera, szeroko pojętej "twarzy winiarstwa", która promowałaby produkt w kraju, ale również była rozpoznawalna na świecie i dbała o wizerunek regionalnych win na świecie.
Mowa o Australii, która swego czasu poczuła się dotknięta słowami Jancis Robinson i Felicity Carter. Pofolgowała swoim kompleksom zwłaszcza druga Pani (pochodząca z Nowej Zelandii co, mam wrażenie, nie jest bez znaczenia) stawiając tezę, że Australia nie może się na świecie kojarzyć z winem wysokiej jakości, skoro sami Aussies przedstawiają się jako radosny kraj ciepłych plaż, kangurów, opalonych surferskich torsów i panienek w bikini. Tymczasem, według Felicity Carter, wino to (aż zacytuję, no!) a drink historically associated with the more sophisticated things in life. Kto udzieli lekcji historii Pani Carter?
Krytyka ta zapoczątkowała poważne dyskusje na temat rynku wina w Australii. Aussies zdają się dostrzegać, że bez przywódcy ani rusz, że ich winiarski przemysł jest zbutwiały i tkwią w nim od 3 dekad Ci sami ludzie, którzy najwyraźniej kiepsko radzą sobie z postępem. Jak pokazać światu radosną, świeżą i rumianą twarz wysmaganego słońcem i wiatrem wina australijskiego bez nowoczesnej, optymistycznej i jednorodnej kampanii? Oczywiście można zawsze zrzucić całą tą niewdzięczną robotę na winnych bloggerów. Tylko że światowy konsument wina, który czyta krytykę Jancis Robinson, raczej nie zada sobie trudu przeszperania sieci w poszukiwaniu niszowych winnych dzienników.
Australii trzeba marketingowego diabła tasmańskiego. Jeśli więc masz charyzmę, zapał, wielbisz wino i kochasz surfing/surferów/surferki - śmiało. Australia Cię potrzebuje!
Nie tak dawno pisałam o kampanii promującej wino krajowej produkcji w Argentynie, przedsięwzięciu długoterminowym, dalekowzrocznym, zabawnym i na dodatek skutecznym. Okazuje się, że faktycznie niektóre krajowe rynki winiarskie dostrzegają problem braku lidera, szeroko pojętej "twarzy winiarstwa", która promowałaby produkt w kraju, ale również była rozpoznawalna na świecie i dbała o wizerunek regionalnych win na świecie.
Mowa o Australii, która swego czasu poczuła się dotknięta słowami Jancis Robinson i Felicity Carter. Pofolgowała swoim kompleksom zwłaszcza druga Pani (pochodząca z Nowej Zelandii co, mam wrażenie, nie jest bez znaczenia) stawiając tezę, że Australia nie może się na świecie kojarzyć z winem wysokiej jakości, skoro sami Aussies przedstawiają się jako radosny kraj ciepłych plaż, kangurów, opalonych surferskich torsów i panienek w bikini. Tymczasem, według Felicity Carter, wino to (aż zacytuję, no!) a drink historically associated with the more sophisticated things in life. Kto udzieli lekcji historii Pani Carter?
(obrazek mam z yadogg.com)
Krytyka ta zapoczątkowała poważne dyskusje na temat rynku wina w Australii. Aussies zdają się dostrzegać, że bez przywódcy ani rusz, że ich winiarski przemysł jest zbutwiały i tkwią w nim od 3 dekad Ci sami ludzie, którzy najwyraźniej kiepsko radzą sobie z postępem. Jak pokazać światu radosną, świeżą i rumianą twarz wysmaganego słońcem i wiatrem wina australijskiego bez nowoczesnej, optymistycznej i jednorodnej kampanii? Oczywiście można zawsze zrzucić całą tą niewdzięczną robotę na winnych bloggerów. Tylko że światowy konsument wina, który czyta krytykę Jancis Robinson, raczej nie zada sobie trudu przeszperania sieci w poszukiwaniu niszowych winnych dzienników.
Australii trzeba marketingowego diabła tasmańskiego. Jeśli więc masz charyzmę, zapał, wielbisz wino i kochasz surfing/surferów/surferki - śmiało. Australia Cię potrzebuje!
Etykiety:
Australia,
Felicity Carter,
Jancis Robinson,
Nowa Zelandia,
rynek wina,
wino i marketing
sobota, 13 lutego 2010
liczy się każdy kieliszek
Walentynki, trudno nie zauważyć, ale nie będę z tej okazji pisać o czerwieni i miłości. Będę natomiast pisać o uczciwości.
Idea Fair Trade podoba mi się: pozwala połączyć konsumpcyjną potrzebę lub zachciankę z pomocą, głównie finansową, dla uboższych społeczności. Ponadto skłania do myślenia i pozwala dokonać świadomego wyboru produktu, którego zakup w sposób pośredni buduje oparte na szacunku, dialogu i empatii relacje między majętnym konsumentem dóbr oraz ich ubogim producentem - relacji, które w dobie globalizacji w zasadzie nie istnieją. Pomaga też troszczyć się o zachowanie dziedzictwa kulturowego czy ekologię.
Sprawiedliwy handel może dotyczyć także rynku wina, czego przykładem jest chociażby Neu Direction Malbec oznaczony certyfikatem Fair Trade. Producent zapewnia, że łączy wysokiej jakości wino z dążeniem do poprawy warunków życia mieszkańców regionu nie tylko poprzez uczciwe opłacenie ich pracy (winogrona skupowane są od właścicieli winnic po moderowanej cenie, niezależnej od światowych i lokalnych trendów, co pozwala stowarzyszeniu winiarzy realizować zamierzone cele związane z rozwojem społeczności i działaniami na rzecz poprawy warunków życia najbiedniejszych jednostek), ale także poprzez finansowanie rozwoju szkół, rozsądne gospodarowanie zasobami naturalnymi oraz wytwarzanie etykiet z materiałów pochodzących z recyklingu.
Do idei świadomego kupowania odwołuje się także seria win portugalskich z Alentejo Think Wines. Tu głównym założeniem jest eklektyczne połączenie tradycyjnego trunku z nowoczesnym designem i aluminiowymi opakowaniami.
Gdzie kończy się uczciwości, a zaczyna marketingowe dzieło wybitne? Nie będę rozstrzygać. Odsyłam natomiast na Organic Wine Trade Company.
Idea Fair Trade podoba mi się: pozwala połączyć konsumpcyjną potrzebę lub zachciankę z pomocą, głównie finansową, dla uboższych społeczności. Ponadto skłania do myślenia i pozwala dokonać świadomego wyboru produktu, którego zakup w sposób pośredni buduje oparte na szacunku, dialogu i empatii relacje między majętnym konsumentem dóbr oraz ich ubogim producentem - relacji, które w dobie globalizacji w zasadzie nie istnieją. Pomaga też troszczyć się o zachowanie dziedzictwa kulturowego czy ekologię.
Sprawiedliwy handel może dotyczyć także rynku wina, czego przykładem jest chociażby Neu Direction Malbec oznaczony certyfikatem Fair Trade. Producent zapewnia, że łączy wysokiej jakości wino z dążeniem do poprawy warunków życia mieszkańców regionu nie tylko poprzez uczciwe opłacenie ich pracy (winogrona skupowane są od właścicieli winnic po moderowanej cenie, niezależnej od światowych i lokalnych trendów, co pozwala stowarzyszeniu winiarzy realizować zamierzone cele związane z rozwojem społeczności i działaniami na rzecz poprawy warunków życia najbiedniejszych jednostek), ale także poprzez finansowanie rozwoju szkół, rozsądne gospodarowanie zasobami naturalnymi oraz wytwarzanie etykiet z materiałów pochodzących z recyklingu.
Do idei świadomego kupowania odwołuje się także seria win portugalskich z Alentejo Think Wines. Tu głównym założeniem jest eklektyczne połączenie tradycyjnego trunku z nowoczesnym designem i aluminiowymi opakowaniami.
Gdzie kończy się uczciwości, a zaczyna marketingowe dzieło wybitne? Nie będę rozstrzygać. Odsyłam natomiast na Organic Wine Trade Company.
Etykiety:
Argentyna,
Fair Trade,
Portugalia,
rynek wina,
wino i ekologia,
wino i marketing
środa, 10 lutego 2010
koniec języka
Mówienie o winie jest łatwe - wystarczy dać się ponieść. Jednak zrozumiałe mówienie to sztuka znacznie trudniejsza. Krytyk i konsument są niestety jak żuraw i czapla: chodzą wciąż tą samą drogą, ale spotkać się nie mogą.
Andrzej Daszkiewicz na swoim blogu odsyła do niekonwencjonalnych metod obrazowania (dosłownie!) wrażeń winnych, którymi posługuje się Chateau Petrogasm. Dostrzegam w tym pewną prawidłowość: rozmowa o winie to rozmowa o emocjach, nie ma więc mowy o obiektywizmie. Jak więc czerpać z winnej krytyki, serwowanej przez specjalistów?
Weźmy na przykład takie określenie: wino niezwykle krągłe. Krągła dla jednych jest pięćdziesięciokilowa, wysoka blondynka, którą Rubens uznałby za wychudzoną wersję perwersji. Dalej: czerstwa czereśnia. Do diaska, domyślam się, co autor miał na myśli, ale to wciąż tylko domysły. Albo: grafitowy finisz. Tzn jaki?! Czy: smak i zapach mokrego kamienia. Zapach to jeszcze rozumiem, ale czy ktoś - poza mną - lizał kiedyś mokry kamień, hmm?
Od razu podpowiem, ze nie chcę narażać się wirtuozom winnej krytyki: sądzę, że ich opisy degustacyjne są zrozumiałe dla większości zainteresowanych, wrośniętych w winny temat smakoszy. Podobają mi się także te językowo-percepcyjne gierki, świadczące niejednokrotnie o wielkiej wyobraźni, wrażliwości i poczuciu humoru. Nie zmienia to faktu, że dla laika taka krytyka to jak chińszczyzna, jak zaklęcia wykrzykiwane przez opętańców, ogarniętych ekstatycznym szałem podczas tajemnych ceremoni ofiarnych. Czarna magia. Hermetycznie zamknięta puszka.
Zastanawia mnie, jak mówić o winie klientowi supermarketu. Co mu powiedzieć, żeby wiedział, co znajdzie w danej butelce? Okazuje się, że nawet wytrawny krytyk potrafi wybrnąć z takiego zadania. Podczas czatu ze Sławomirem Chrzczonowiczem, moderowanego przez Sstara, poprosiłam o opis jednego z ulubionych win bez użycia określeń typu nos, usta czy czerstwa czereśnia. Narysował więc Jadis Barrala w taki sposób: Kto lubi owoce - znajdzie owoce, kto lubi kwiaty - także, kto lubi mięso i krew - również. Przy tym wszystko to nie jest osobno czy po kolei, ale w przedziwnej symbiozie i harmonii, bez zgrzytów. Tak jakby co chwila coś innego błysneło w słońcu. W ustach fenomenalna długość i w całym bogactwie spokój i harmonia.
Wiem, użył słowa usta, ale czy ten opis nie jest dalece bardziej konkretny i zrozumiały, niż (wyśmiewane przez Marka Kondrata w jednym z wywiadów, Style i Charaktery, 2/2007) teksty w stylu długi mokry nos lukrecji?
I czy prawdziwa radość nie kończy się tam, gdzie się zaczyna analiza?
Andrzej Daszkiewicz na swoim blogu odsyła do niekonwencjonalnych metod obrazowania (dosłownie!) wrażeń winnych, którymi posługuje się Chateau Petrogasm. Dostrzegam w tym pewną prawidłowość: rozmowa o winie to rozmowa o emocjach, nie ma więc mowy o obiektywizmie. Jak więc czerpać z winnej krytyki, serwowanej przez specjalistów?
Weźmy na przykład takie określenie: wino niezwykle krągłe. Krągła dla jednych jest pięćdziesięciokilowa, wysoka blondynka, którą Rubens uznałby za wychudzoną wersję perwersji. Dalej: czerstwa czereśnia. Do diaska, domyślam się, co autor miał na myśli, ale to wciąż tylko domysły. Albo: grafitowy finisz. Tzn jaki?! Czy: smak i zapach mokrego kamienia. Zapach to jeszcze rozumiem, ale czy ktoś - poza mną - lizał kiedyś mokry kamień, hmm?
Od razu podpowiem, ze nie chcę narażać się wirtuozom winnej krytyki: sądzę, że ich opisy degustacyjne są zrozumiałe dla większości zainteresowanych, wrośniętych w winny temat smakoszy. Podobają mi się także te językowo-percepcyjne gierki, świadczące niejednokrotnie o wielkiej wyobraźni, wrażliwości i poczuciu humoru. Nie zmienia to faktu, że dla laika taka krytyka to jak chińszczyzna, jak zaklęcia wykrzykiwane przez opętańców, ogarniętych ekstatycznym szałem podczas tajemnych ceremoni ofiarnych. Czarna magia. Hermetycznie zamknięta puszka.
Zastanawia mnie, jak mówić o winie klientowi supermarketu. Co mu powiedzieć, żeby wiedział, co znajdzie w danej butelce? Okazuje się, że nawet wytrawny krytyk potrafi wybrnąć z takiego zadania. Podczas czatu ze Sławomirem Chrzczonowiczem, moderowanego przez Sstara, poprosiłam o opis jednego z ulubionych win bez użycia określeń typu nos, usta czy czerstwa czereśnia. Narysował więc Jadis Barrala w taki sposób: Kto lubi owoce - znajdzie owoce, kto lubi kwiaty - także, kto lubi mięso i krew - również. Przy tym wszystko to nie jest osobno czy po kolei, ale w przedziwnej symbiozie i harmonii, bez zgrzytów. Tak jakby co chwila coś innego błysneło w słońcu. W ustach fenomenalna długość i w całym bogactwie spokój i harmonia.
Wiem, użył słowa usta, ale czy ten opis nie jest dalece bardziej konkretny i zrozumiały, niż (wyśmiewane przez Marka Kondrata w jednym z wywiadów, Style i Charaktery, 2/2007) teksty w stylu długi mokry nos lukrecji?
I czy prawdziwa radość nie kończy się tam, gdzie się zaczyna analiza?
niedziela, 7 lutego 2010
teraz Argentyna!
Podoba mi się sposób, w jaki argentyńscy producenci wina podchodzą do swojego biznesu. Jakieś 10 lat temu winiarze z Mendozy zarzucili bratobójczą wojnę marketingową i zjednoczyli swoje siły w kampanii przeciwko wspólnym wrogom (zaplanowanej do 2020 roku!). Za cel obrali sobie popularyzację wina rodzimej produkcji. Jest to o tyle ciekawe, że zwykle taki rodzaj reklamy stosuje się w celu promocji produktów na obcych rynkach, znacznie rzadziej natomiast na krajowych.
W wyniku tej wspólnej inicjatywy powstały 4 zabawne spoty reklamowe, które do promocji wina krajowego wykorzystują zarówno symbol everymana, jak i winogrono tańczące z winiarzem, flagę argentyńską na księżycu oraz puszke, która radośnie podryguje w rytm banalnej melodii.
Wykorzystano na pewno pozytywny przekaz samego trunku: spoty są radosne, roztaczają atmosferę wiecznej fiesty. Ponadto piosenki (w stylu latino, oczywiście) śpiewane są przez chór imitujący zestaw przypadkowo zebranych, amatorskich głosów. Żadna z twarzy w zestawie 4 krótkich filmów nie jest ani piękna, ani brzydka, co zapewne nie jest przypadkowe i pozwala odnieść wrażenie, że ten radosny, pijący krajowe wino Argentyńczyk to po prostu Twój sąsiad (jeśli mieszkasz np. w Buenos). Wniosek - wino jest dla mas:
To tylko jedna z idei, które przemycono w tych spotach. Następna to edukacja: teksty piosenek traktują o różnych etapach produkcji wina, od sadzenia winorośli, poprzez przycinanie, zbiory, aż po winifikację i, że się tak wyrażę, nabijanie wina w butelkę. Target grupa zapozna się więc nie tylko z samym produktem, ale i z metodami jego powstawania. Konsument będzie wiedział, że droga wina na jego stół nie jest prosta. Dzięki temu wino wgryzie się w mózg everymana i stanie się kumplem, o którym wiele się wie i któremu się ufa.
Wino nie jest napojem dla wybranych. Podobają mi się hasła, które pojawiają się po filmach, np.: „Picie wina to nie ceremonia, to fiesta”, „Wszyscy jesteśmy równi wobec wina” czy hasło promujące winiarzy „To my robimy wino w tym kraju”. To ostatnie ma zresztą dodatkowe znaczenie, nakłaniające do promowania własnych winiarzy, a nie importerów i win zza granicy. Sporo jest w tych reklamach różnych odwołań do tego, co argentyńskie i co w świadomości przeciętnego zjadacza wołowiny jawi się jako powód do dumy:
Wszystkie te założenia zmieszczono w 4 filmach (prawdy wyśpiewane, jak nazwali je producenci), z których każdy jest radosny, łatwy w zapamiętaniu, prosty, ale przede wszystkim: krótki (żaden nie trwa dłużej niż 45 sekund). Mnie osobiście spoty te podobają się głównie dlatego, że zgodne są z moim pojmowaniem wina jako napoju dla ludzi, a nie dla enologów.
W wyniku tej wspólnej inicjatywy powstały 4 zabawne spoty reklamowe, które do promocji wina krajowego wykorzystują zarówno symbol everymana, jak i winogrono tańczące z winiarzem, flagę argentyńską na księżycu oraz puszke, która radośnie podryguje w rytm banalnej melodii.
Wykorzystano na pewno pozytywny przekaz samego trunku: spoty są radosne, roztaczają atmosferę wiecznej fiesty. Ponadto piosenki (w stylu latino, oczywiście) śpiewane są przez chór imitujący zestaw przypadkowo zebranych, amatorskich głosów. Żadna z twarzy w zestawie 4 krótkich filmów nie jest ani piękna, ani brzydka, co zapewne nie jest przypadkowe i pozwala odnieść wrażenie, że ten radosny, pijący krajowe wino Argentyńczyk to po prostu Twój sąsiad (jeśli mieszkasz np. w Buenos). Wniosek - wino jest dla mas:
To tylko jedna z idei, które przemycono w tych spotach. Następna to edukacja: teksty piosenek traktują o różnych etapach produkcji wina, od sadzenia winorośli, poprzez przycinanie, zbiory, aż po winifikację i, że się tak wyrażę, nabijanie wina w butelkę. Target grupa zapozna się więc nie tylko z samym produktem, ale i z metodami jego powstawania. Konsument będzie wiedział, że droga wina na jego stół nie jest prosta. Dzięki temu wino wgryzie się w mózg everymana i stanie się kumplem, o którym wiele się wie i któremu się ufa.
Wino nie jest napojem dla wybranych. Podobają mi się hasła, które pojawiają się po filmach, np.: „Picie wina to nie ceremonia, to fiesta”, „Wszyscy jesteśmy równi wobec wina” czy hasło promujące winiarzy „To my robimy wino w tym kraju”. To ostatnie ma zresztą dodatkowe znaczenie, nakłaniające do promowania własnych winiarzy, a nie importerów i win zza granicy. Sporo jest w tych reklamach różnych odwołań do tego, co argentyńskie i co w świadomości przeciętnego zjadacza wołowiny jawi się jako powód do dumy:
Wszystkie te założenia zmieszczono w 4 filmach (prawdy wyśpiewane, jak nazwali je producenci), z których każdy jest radosny, łatwy w zapamiętaniu, prosty, ale przede wszystkim: krótki (żaden nie trwa dłużej niż 45 sekund). Mnie osobiście spoty te podobają się głównie dlatego, że zgodne są z moim pojmowaniem wina jako napoju dla ludzi, a nie dla enologów.
środa, 3 lutego 2010
trifon zarezan
Leniwie dziś, bo odnośnikowo, ale zapraszam do ciekawej lektury o legendach i tradycjach winiarskiej Bułgarii. Wino okraszone folklorem zawsze smakuje lepiej.
Opowiedziane i ugotowane (wypite pewnie też) przez Pavla na http://www.bulgaricus.com
Opowiedziane i ugotowane (wypite pewnie też) przez Pavla na http://www.bulgaricus.com
poniedziałek, 1 lutego 2010
kartonowa rewolucja
W jednym z ulubionych sklepów z winem odbyłam ostatnio krótką rozmowę z pewną elegancką blondynką (wyjątkowo nieelegancko trzymającą butelkę drogiego wina). A wszystko dlatego, że z niedowierzaniem pomieszanym z przerażeniem i obrzydzeniem spojrzała na trzylitrowy karton wina, który postawiłam przed sprzedawcą (obok kilku butelek, żeby nie było). Zmieszana tą reakcją zażartowałam, że karton to świetny kompromis, punkt w połowie drogi między możliwościami portfela i wymaganiami podniebienia. Nie śmiała się.
Wino w kartonie (zwane też BIB od Bag in Box; w pudełku znajduje się plastikowy worek z winem) jest tańsze i automatycznie klasyfikowane do win gorszej kategorii. Tymczasem na przyjazną cenę trunku wpływa przede wszystkim samo opakowanie (producent wina może obniżać koszty jego produkcji na wielu etapach; na cenę wina wpływa np. stosowanie dębu, sposób korkowania etc), które w porównaniu ze szkłem wypada korzystnie na bardzo wielu płaszczyznach, związanych z logistyką, od pakowania po transport.
Korzyści dla konsumenta, płynące z kartonu wraz z winem, są liczne, a cena jest tylko jedną z nich: BIB pozwala przede wszystkim na wielotygodniowe przechowywanie wina bez uszczerbku na jego jakości, jest poręczny, lekki, świetnie wpasowuje się w lodówkowe gabaryty, pozwala łatwo dozować trunek. Znacząco zmniejsza też ilosć i ciężar śmieci do wynoszenia.
The Wine Economist słusznie zwraca uwagę na złą reputacje kartonowych win, która na rynku amerykańskim sięga lat ’70, kiedy w kartony pakowano wyłącznie sikacze. Teraz ten mit rozwiewa się i sprzedaż BIBów rośnie, równiez za sprawą zainteresowania mediów,choć na naszym rynku nie jest ono jeszcze zbyt duże. Jeśli chodzi o resztę Europy, to sama pamiętam, jak mój tata przywoził z Francji pięciolitrowe baniaki z czerwonym winem-ulepkiem. A było to naprawdę wiele lat temu.
Dziwi mnie ta wzrokowa krtyka BIBów, którą zafundowała mi owa blond-dama w sklepie z winem. Sądzę jednak, że wynika to z zupełnie irracjonalnego poczucia, że zagrożona jest zimna, lekko oszroniona butelka, absurdalnego przekonania, że świat wina zmakdonaldyzuje się ostatecznie.
Wino w kartonie (zwane też BIB od Bag in Box; w pudełku znajduje się plastikowy worek z winem) jest tańsze i automatycznie klasyfikowane do win gorszej kategorii. Tymczasem na przyjazną cenę trunku wpływa przede wszystkim samo opakowanie (producent wina może obniżać koszty jego produkcji na wielu etapach; na cenę wina wpływa np. stosowanie dębu, sposób korkowania etc), które w porównaniu ze szkłem wypada korzystnie na bardzo wielu płaszczyznach, związanych z logistyką, od pakowania po transport.
Korzyści dla konsumenta, płynące z kartonu wraz z winem, są liczne, a cena jest tylko jedną z nich: BIB pozwala przede wszystkim na wielotygodniowe przechowywanie wina bez uszczerbku na jego jakości, jest poręczny, lekki, świetnie wpasowuje się w lodówkowe gabaryty, pozwala łatwo dozować trunek. Znacząco zmniejsza też ilosć i ciężar śmieci do wynoszenia.
The Wine Economist słusznie zwraca uwagę na złą reputacje kartonowych win, która na rynku amerykańskim sięga lat ’70, kiedy w kartony pakowano wyłącznie sikacze. Teraz ten mit rozwiewa się i sprzedaż BIBów rośnie, równiez za sprawą zainteresowania mediów,choć na naszym rynku nie jest ono jeszcze zbyt duże. Jeśli chodzi o resztę Europy, to sama pamiętam, jak mój tata przywoził z Francji pięciolitrowe baniaki z czerwonym winem-ulepkiem. A było to naprawdę wiele lat temu.
Dziwi mnie ta wzrokowa krtyka BIBów, którą zafundowała mi owa blond-dama w sklepie z winem. Sądzę jednak, że wynika to z zupełnie irracjonalnego poczucia, że zagrożona jest zimna, lekko oszroniona butelka, absurdalnego przekonania, że świat wina zmakdonaldyzuje się ostatecznie.
Etykiety:
bag in box,
BIB,
cava,
rynek wina,
tanie wino,
USA,
wino i ekologia,
wino i marketing
Subskrybuj:
Posty (Atom)








