sobota, 30 stycznia 2010

czar Estremadury

 Bag in box ciąg dalszy, czyli jak kupić dobrze, dużo i tanio.

Quinta da Espiga to tylko jedna z wielu dostępnych na polskim rynku propozycji Casa Santos Lima:


Quinta da Espiga Branco to dobrze poskładane, codzienne wino. Sądzę, że niezłym pomysłem było połączenie znanych powszechnie Moscatela i Sauvignon Blanc ze szczepami o wyjątkowym, regionalnym charakterze - powstało wino, które może podobać się szerokiej rzeszy podniebień, nie przeczące jednak swojemu iberyjskiemu pochodzeniu. I tak Arinto daje sporo intensywnych nut cytrusowych, a Fernao Pires - niezłe ciało.

To wino-weteran, wielokrotny medalista. Ma niezwykle bogaty, złożony bukiet: pierwsza ćwierć sekundy to marcepan, niezwykle trudny do zidentyfikowania. Druga ćwierć to kwaśne jabłka. Następnie prawdziwa fiesta z udziałem wszelkiej maści cytrusów i czereśni. Poza marcepanem wszystkie kwiatki z bukietu znajdują swoje odbicie w smaku wina. Jedyna moja uwaga to nieco zbyt wysoka kwasowość w końcówce.

Uwagę przykuwa także logo: producent tłumaczy je regionalną tradycją malowania rysunków na białych ścianach domów w nocy, w święto Trzech Króli (wtedy też Portugalczycy jedzą świąteczne ciasto, bolo-rei, w którym umieszczone jest ziarno fasoli - pechowiec, któremu trafi się ten kawałek, funduje ciasto w kolejne święta). Przyznam, że rysunek urzekł mnie:


Żałuję, że etykiety polskich win nie próbują się w podobny sposób ukorzenić.

P.S. Wino do  wyszperania wśród powodzi winnych pomyłek w Bomi (75-80pln/3l). Importuje Atlantika, więc w trosce o własne zdrowie nie szukałam informacji o cenie tego wina na rynku portugalskim.

czwartek, 28 stycznia 2010

austriackie dobro narodowe

Przyznam, że medaliści Grand Prix 2009 Magazynu Wino zaskakują mnie raz po raz pozytywnie. Tym niemniej jeśli idzie o złoto w kategorii win białych (do 30 pln) - wewnętrznie nie zgadzam się z werdyktem. Najchętniej złoto (Grüner Veltliner Hochterrassen 2008, Kremstal, Salomon Undhof, Mielżyński) oddałabym zdobywcy srebrnego medalu (Lis Maris 2008, IGT Venezia Gulia, Di Lenardo Santa Pazienza, Enoteka Polska), a zwycięzcę nagrodziłabym srebrem.

Grüner Veltliner jeszcze do niedawna nie cieszył się tak wielką i dobrą sławą, choć uprawiany był w Austrii powszechnie. Pułapka tego szczepu polegała na tym, że była to winorośl późno dojrzewająca i bardzo plenna, dlatego jedynie twarda ręka winiarza i bezlitosne, barbarzyńskie przycinanie pozwalało otrzymać zaskakująco wysokiej jakości owoce. Veltliner zyskał na rozgłosie za sprawą Lenza Mosera, który znacznie obniżył dotychczasowe plony z hektara (przy czym dzisiejsze wina firmowane tym nazwiskiem nie mają już nic wspólnego z samym Moserem, choć ten nie porzucił swej winnej pasji). Na początku nowego millenium, po spektakularnych zwycięstwach tych win szczepowych w konkursach, o należne miejsce dla Grüner Veltlinera zaczęły upominać się winne sławy, m.in Jancis Robinson. Dziś Grüner Veltliner to trzecia część wszystkich winnych upraw Austrii, co czyni z niego niemal dobro narodowe:


Zeszłoroczny złoty medalista (Grüner Veltliner Hochterrassen 2008, Kremstal, Salomon Undhof) nie jest złym zakupem. Wydaje mi się jednak w swej zachowawczości blady, bez wyrazu, bez charakteru. Nie szaleje. Czuć w nim całkiem poprawne nuty warzywnoowocowe, lekką pikanterię w stylu chciałbym-ale-boję-się i arcydelikatną kwasowość. Wino-tło, poprawne, lecz nie prezentujące, w moim odczuciu, żadnej wyjątkowości. Nie zapada w podniebienną pamięć. Jak dla mnie jest za delikatny, cenię stanowczość.

Moja miłość do Grüner Veltlinera jest dość świeża, a w związku z tym absolutnie bezkompromisowa i gotowa skoczyć w ogień w imię ideałów. Być może więc moja krytyka Salomona wynika z obsesją pachnącego uwielbienia wobec innego przedstawiciela gatunku, Lenz Moser Prestige, Grüner Veltliner 2008 (Makro).

To jest wino! Przy pierwszym łyku czuć jak rozpada się na smakowe czynniki pierwsze, które współgrają ze sobą idealnie: jest świeży szparag na zakąskę i dużo soczystych jabłek okraszonych cytryną na deser. Wszystko przyprawione pieprzem i podkręcone odpowiednią kwasowością, pojawiającą się jak kropka nad i, kiedy myślisz, że to już koniec. Wino tak bogate, że nie potrzebuje kulinarnego towarzystwa (dla mnie to ogromna zaleta, nie pijam wina wyłącznie do posiłku), ale pozostaje lekkie, średnio zbudowane. Przy tym stosunek ceny do jakości wysadza z kapci – byłam przekonana, że było znacznie droższe, a mieści się w kategorii cenowej Salomona. Wino-brutal, zdecydowane, z charkterem, smaczne.

sobota, 23 stycznia 2010

kapciuszek raz jeszcze

Pisałam poprzednio o szampanie i butach. Jeden z komentarzy wzbogacił mnie o nowy, mniej krytyczny punkt widzenia. Faktycznie, tak mocno skupiłam się na wszechobecnym kiczu, że zapomniałam o fetyszyzującym aspekcie tworu Heidsieck-Louboutin:





Mimo to uważam, że kieliszki te są śmieszne i niepraktyczne (szampan strzela, pieni się i wylewa jak na Formule 1) i najwyraźniej przeznaczone dla mężczyzn. Kobieta pijąca z własnego buta wypadłaby mniej korzystnie niż bohater reklamy (który mnie, nota bene, nie przekonał).

czwartek, 21 stycznia 2010

pantofelek Kopciuszka

Zadziwiają mnie chwyty reklamowe, zwłaszcza w przypadku wina. Jednym z moich mistrzów w tej dziedzinie  jest producent szampana Piper-Heidsieck. Rywalizacja o konsumenta w przypadku szampana wznosi się na pułapy, których nie dosięgam wzrokiem. Szampan sam w sobie uchodzi przecież za produkt luksusowy. Marketing głowi się więc: jak uczynić produkt luksusowszym?

Piper–Heidsieck to szampan z wielowiekową tradycją (ponad 200 lat).Uchodzi za świeży, delikatny i nieprzyzwoicie luksusowy. Towarzyszy wielu międzynarodowym wydarzeniom filmowym: partneruje np. corocznemu festiwalowi filmowemu w Cannes. Sławę zawdzięcza m.in. słowom Marilyn Monroe, która stwierdziła, że nie wstaje z łóżka, jeśli nie czeka na nią kieliszek szampana Piper - Heidsieck. Domyślam się, że jest w tych zachwytach sporo przesady, ale nie wiem tego na pewno. Heidsiecka osobiście nie próbowałam.

Piper-Heidsieck słynie z ekscentrycznych kampanii reklamowych i chwytów, które mają na celu zwiększenie poczucia wyjątkowości swoich konsumentów, którymi i tak jest nieduża garść "lepszych ludzi" z całego świata. Producent współpracuje regularnie z ludźmi mody i designu, wielkimi nazwiskami, których w nieodpowiednim miejscu nie należy nawet wypowiadać. Efekt jest zawsze interesujący, choć - jak dla mnie - przerysowany, karykaturalny, śmieszny. W setną rocznicę produkcji pierwszego szampana Piper - Heidsieck butelki ozdobiono diamentami i złotem, a prawie sto lat później, na koniec millenium, gorsetowe kreacje dla nich projektował sam Jean Paul Gaultier:



W 2008 roku we współpracy z parą holenderskich kreatorów mody Viktor&Rolf powstały ekstrawaganckie, szalone modele: butelki, kieliszków i coolera. Wszystkie odwrócone do góry dnem, frontem do tyłu. Szaleństwo na granicy kiczu:




W roku 2009 Piper - Heidsieck zechciał odrodzić XIX-wieczną tradycję picia szampana z buta wybranej kurtyzany. Tradycja ta związana jest ściśle z rozwiązłym życiem nocnym Paryża sprzed ponad stu lat. Przepis na renowację tej tradycji zdaje mi się banalny: jak szampan, to Heidsieck. Jak buty, to..? (mrugam okiem do miłośniczek obuwia, dla których but nie jest jedynie "środkiem transportu")

Tak, to kultowy Christian Louboutin stworzył eleganckie, wypełnione po brzegi luksusem pudełko na szampana pod nazwą "La Rituel", które oprócz butelki legendarnych bąbelków, zawiera kryształowy kieliszek w kształcie czarnego damskiego pantofelka. oczywiście z czerwoną podeszwą a la Louboutin. Kieliszki-szczyt-kiczu rozeszły się jak świeże bułeczki, zanim nastąpiła ich oficjalna premiera:




Piperem bym nie pogardziła z wrodzonej ciekawości. Ale picie z buta, nawet  od Louboutina, to wspinaczka na Mount Everest groteski. I to w szpilkach.

niedziela, 17 stycznia 2010

italiano vero

Piłka jest okrągła, bramki są dwie, czyli kilka słów o metodach produkcji win musujących.

Wina musujące otrzymuje się w drodze wtórnej fermentacji w butelkach lub w stalowych kadziach (ok, istnieje jeszcze trzecia metoda, polegająca na szprycowaniu wina dwutlenkiem węgla, ale, sami wiecie, niewiele to ma wspólnego z dobrym smakiem). Szampanem można nazwać jedynie trunek, który powstał w Szampanii metodą wtórnej fermentacji w butelce. Inne regiony i kraje także produkują wino w ten sposób, ale nie mogą używać nazwy champagne. Dziś lekcja włoskiego.

Gdybym miała jak najkrócej zdefiniować franciacortę, nazwałabym to wino musujące właśnie lombardzkim szampanem. Choć tradycja jego wytwarzania jest dość młoda, Włosi zabrali się do tematu tak profesjonalnie, że franciacorta staje się bardzo popularna i inne włoskie trunki musujące czują już z pewnością na plecach oddech konkurencji. Nie bez znaczenia jest tu fakt, że cenowo franciacorta wtuliła się między ekskluzywnego szampana i cavę dla ludu.

Fraciacortę robi się z chardonnay, pinot nero i pinot bianco. Wino spędza w butelce 18 miesięcy, chyba że jest rocznikowe, tzw. millesimato - wtedy czas ten wydłuża się niemal dwukrotnie. Mówi się wprawdzie, że nic nie moze konkurować z szampanem, ale ja jestem raczej zdania, że regionalne wina musujące powstające metodą szampańską (czyli przechodzące wtórną fermentację w butelce, w odróżnieniu do metody Martinottiego-Charmata, która polega na wtórnym przefermentowaniu wina w stalowych kadziach) świetnie oddają charakter narodwy, duszę producenta, warunki klimatyczne, ilość słońca w danym regionie. Dlatego sekt nie jest gorszy od szampana, jest po prostu niemiecki. A franciacorta jest włoska, pełna słońca, energii, pasji. Zuchwała.

Bersi Serlini Brut kupiłam w Enotece Polskiej:



Ta franciacorta powstała z ręcznie zbieranych winogron chardonnay (80%) i pinot bianco (20%). Leżakowała około 20 miesięcy w butelce, w piwnicy, w stałej temperaturze ok. 12-14° C. Przygoda z nią zaczyna się wraz z niepozornym "pyk" po otwarciu butelki, po którym następuje nieoczekiwana eksplozja aromatów drożdżowo-owocowych. Co dla mnie zaskakujące, w tym winie musującym udało się przemycić zapach wilgotnych kamieni i mokrej ziemi. Usta na początku owocowe, później intensywnie drożdżowe, a w końcówce dominuje smak maślanej bułki.

Przy tym wszystkim zaskakuje poziom "musowania". Jest intensywny, ale nie nachalny. Dzięki temu całość sprawia wrażenie lekko pikantnej.

Pyszne!

czwartek, 14 stycznia 2010

drei Ritter

Wysłanie męża na samotne zakupy zawsze owocuje jakąś winną niespodzianką. Poza kilogramami morskich robali przywiózł mi ostatnio białą trójcę: Nobilli Palazzoli IGT, Garganega-Pinot Grigio 2008, Claus C. Jacob, Riesling Classic 2008 oraz, last but not least, austriackiego Grüner Veltlinera 2008 od Lenza Mosera (zdaje się, że wszystkie do 30 pln). Znaczy to, że już się pogodził z tym, że nie chcę pić win czerwonych.

Zaczęliśmy od Veltlinera, ale tak na mnie wpłynął, że nie jestem w stanie jeszcze o nim pisać. Zacznę więc od rieslinga. Od kiedy moje podniebienie go pokochało, z czystą przyjemnością kupuję kolejne, nieznane butelki. Odkrywam niuanse. Claus C. Jacobs nie powalił mnie: przedstawia to wszystko, co w rieslingu oczywiste. Jest lekki, kwaskowy, bardzo ziemisty. Pachnie zachęcająco, owocowo. Ale..? Tak, ale: wino jest bardzo płaskie, jednowątkowe, jednowymiarowe. Oczywiście ta główna nuta jest pyszna, owocowo-trawiasta, soczysta, ale mimo to zbyt uboga. W kulinarnym towarzystwie rozkręca się, rewelacyjnie podkreśla smak kalmarów, krewetek. Wino stworzone do bycia tłem. Niezłym, trzeba przyznać.





Garganega-Pinot Grigio z Nobilli Palazzoli zachęca wonią fiołków, jabłek i wanilii, podkreśloną aromatami cytrusowmi pinota. Zapach kojarzy się z grzesznym, tajemniczym ogrodem, ciężkim od rosy:


 
W smaku jednak ni pies, ni wydra. Jakby się garganega (której miażdżąca przewaga wynosi w tym winie 83%) dała zdominować, zaszczuć, jakby miała kompleksy. Pinot grigio wypina pierś do orderu, lecz jest to pierś wątła, ledwie kilkunastoprocentowa. W efekcie ani jedno, ani drugie nie pokazuje tego, co w danym szczepie najlepsze. Nijakie.

Przyznam jednak, że piłam je zupełnie osamotnione i być może w odpowiednim kulinarnym towarzystwie sprawdza się. Tak przynajmniej twierdzi Pavel, który zestawił to wino z labraksem.

poniedziałek, 11 stycznia 2010

to nie moja wina

Powinnam była to wszystko napisać na początku. Albo zawrzeć w jakiejś napompowanej sekcji "O sobie”. Ale już taka jestem, że nie napisałam.

Ilekroć czytam internetowe fora czy odwiedzam ulubione sklepy z winem i, niezupełnie mimochodem, przyglądam się klientom, nie mogę oprzeć się  pewnej refleksji. Widzę kawalerów, wdowców, mężów, głowy rodziny, prezesów i wiecznych chłopców, którzy z miną wybrednego znawcy suną wzdłuż półek. Ci staromodni miewają notesy, inni szperają nerwowo w telefonicznych notatkach. Polują. Wszak winorośl jest kobietą. Obserwuję też bolesne dla oka i podniebienia wyrywanie wina z kontekstu. Ale o tym za moment.

Nie jest moim zamierzeniem konkurowanie z winnymi blogami, których na szczęście w Polsce przybywa (co słusznie zauważył w ramach Grand Prix 2009 Magazyn Wino, zauważam też ja, linkując po prawej stronie). Z przyjemnością je czytam, zarówno te profesjonalne, prowadzone przez nielicznych fachowców, jak i te mniej profesjonalne, choć zaskakująco rzetelne, skupiające się na ocenie konkretnych pozycji dostępnych w sklepach (lub nie) czy dyskusji o rynku wina w Polsce i na świecie. Czerpię z nich cenne informacje i skrupulatnie odnotowuję wina, które otrzymują najlepsze recenzje. Trafiają na listę must have.

Wszystkie blogi dotykają, pośrednio lub wprost, kultury wina. Dotykam i ja. Moje notatki mają służyć umieszczeniu wina w kontekście, którego coraz częściej jest pozbawiane, bo wino to dla mnie nie tylko terroir i szczep, ale też tradycja, nowoczesność, wiedza, kuchnia, ekologia, nauka i historia. Przyjemność. Nie interesuje mnie więc wino bez tego wszystkiego.

Mam wrażenie, że wino ocenia się jak psa na wystawie, zagląda mu się w zęby, wydaje polecenia. Wystawy są ok, ale z psem trzeba się codziennie bawić. Trzymając się tej konwencji: profesjonalną ocenę wina pozostawiam profesjonalnym i samozwańczym krytykom wina, którzy umieją i lubią wino krytykować. Sama wolę bawić się z tym metaforycznym psem, niezależnie od tego czy to droga, rasowa sztuka, czy śliczny, bezpański kundel.



Salud!

sobota, 9 stycznia 2010

sen Katarzyny

Wszystkim, których czerwone wina odstraszają garbnikami, sugerowałabym zacząć od merlota. Wina otrzymywane z fermentacji owoców tego szczepu są zwykle łagodne i wyrozumiałe dla początkujących podniebień, a towarzysząca im niezbyt wysoka kwasowość sprawia,że ryzyko szczękościsku jest stosunkowo nieduże.

Przyjechał do mnie z Bułgarii Halla Merlot 2008 z winnicy Katrzyna Estate (cena w okolicach 30 pln). Kto późno przychodzi, sam sobie szkodzi - kiedy dotarłam do domu, okazało się, że okrutny mąż wraz z winnym wszystkiego, nieokrzesanym Bułgarem (pozdrawiam, Pavel!) podzielili już sprawiedliwie między siebie niemal całą zawartość butelki i ćwierkali z zachwytu. Łaskawie zostawili dwa kieliszki dla "blogujących". Dziękuję!




Kolor piękny, głęboki, klasyczny. Nos śliwkowy z odrobiną porzeczek. W smaku natomiast głównie wiśnie i czarne porzeczki, porcji zdecydowanie niemała, prawdziwe lato zamknięte w butelce. Garbniki wątłe, subtelne. Wino agresywne jedynie w finiszu, mnie to drażni, ale to raczej kwestia gustu niż poprawności wina. Trunek mocny - 14%.

Trudno mi oceniać wina czerwone. Mogę jedynie mówić: dobre, jak na czerwone. Albo: okropne, nawet jak na czerwone.

To było super. Jak na czerwone...



środa, 6 stycznia 2010

kupaż wenecki

Trudno nie piać z zachwytu nad Lis Maris 2008 (IGT Venezia Giulia, Di Lenardo). Dość powiedzieć, że jeden kieliszek to dopiero zachęta i poprzestanie na nim może człowieka (lub kobietę) mocno rozdrażnić.

Sceptycznie podchodzę do win nagradzanych, a noty degustatorskie traktuję bardziej jako informację o autorze, niż o przedmiocie recenzji. Lis Maris jest srebrnym medalistą Grand Prix 2009 Magazynu Wino w kategorii win białych (do 30 pln) i w moim odczuciu ten medal należał mu się jak przysłowiowemu psu równie przysłowiowa buda:




Można odnieść wrażenie, że to kupaż doskonały. Pinot bianco daje mu świeżość i kwasowość oraz aromaty wanilii, migdałów, przypalonej grzanki i egzotycznego, wilgotnego drewna. To jednak sauvignon wypina pierś do orderu, pokazując w finiszu to, co jest jego chlubą: przyjemne aromaty trawy i cytrusów.  Trzeba mu jednak przyznać, że wielkodusznie stara się nie przyćmić delikatnego blasku swojego towarzystwa. Nie jest więc aż tak agresywny, jak w samotności.

Mogłoby być dłuższe, ale dałabym mu spokojnie 4 z wieelkim plusem.

Pyszności do kupienia w Enotece Polskiej.

piątek, 1 stycznia 2010

na dobry początek

Nowy Rok to dla mnie nie tyle święto, co wygodna cezura. Dobrze jest wyznaczać sobie pewne terminy, działać zadaniowo, choć przyznam, że przeznaczanie roku na osiągnięcie jakiegoś celu to często czas tak długi, że z góry skazuje przedsięwzięcie na niepowodzenie.

Lepsze jednak to, niż nic. Dlatego życzę wszystkim spełnienia marzeń i głowy pełnej nowych planów na przyszłość i radosnego o nich myślenia.

Na samym środku mojej mapy marzeń narysowałam kieliszki. Bynajmniej nie po to, by nie brakło mi w nadchodzącym roku wina - a przynajmniej nie po to tylko. Komentarze, brutalne i profesjonalne, które zdarza mi się otrzymywać mailem od ludzi wiedzących więcej; te oficjalne, zamieszczane na blogu, jak i te osobiste, które słyszę w domowych pieleszach albo od przyjaciół w cztery oczy, przybliżają mnie do spełnienia tych marzeń. Dlatego sobie życzę, by było ich jak najwięcej.




Wszystkiego dobrego w Nowym Roku!