sobota, 2 października 2010

kolej rzeczy

Trochę się polscy winofile czasem sprzeczają na temat tego, jak mówić o winie i gdzie leżą granice metafory. Coraz częściej odnoszę wrażenie, że spór ten jest nie na miejscu - zanim się pobiegnie, należy nauczyć się chodzić. O ile w otoczeniu starych wyjadaczy (wypijaczy raczej...) z językiem można poszaleć, spoufalić się trochę ze sobą, poprześlizgiwać na powierzchni metafor, wdać w onomatopeiczny flirt, o tyle nieznajomym wypadałoby się najpierw przedstawić.

Winesur to mój trzeci argentyński mistrz marketingowy po Vino Argentino i Diego Maradonie, a ich  My Wine Story to  naprawdę niezłe działanie promującę argentyńskie wino w sieci, czyli na świecie. Założenie było proste: twórcy portalu umożliwili producentom opowiedzenie historii marki/etykiety, w sposób dowolny, byle zmieścili się w 100 słowach. Powstał z tego śliczny patchwork w barwach albicelestes: historyjki poważne, zabawne, z sensem i bez sensu, tradycyjne i nowoczesne, z nawiskiem lub anonimowe, pozwalające mówić samemu winu.


Site ma charakter promocyjny, ale nie jest bezczelny - raczej bazuje na prostej ludowej prawdzie, że chętniej kupujemy to, o czym cokolwiek wiemy. Wilk jest więc syty. Owca natomiast pozostaje cała - lektura jest na tyle lekka, że może z powodzeniem zastąpić poranny przegląd Pudelka przy kawie. Najwięcej jednak zyskuje argentyńskie wino, które przestaje być anonimowe, opowiada swoją historię, prowadzi dialog, podaje rękę.

Bo w sumie fajnie się przedstawić przed skonsumowaniem, hmm?

5 komentarze:

  1. Nasi się powinni też nauczyć, jak rozmawiać o winie. Przy tego typu akcjach konwent winiarzy polskich przypomina nastrojem raczej stypę winiarzy polskich.

    OdpowiedzUsuń na zawsze
  2. Podoba mi się takie przybliżanie wina jako towaru. Poza tym opowiadanie historyjek jest przyjemne i leży u podstaw popularności enoturystyki. Dziwi mnie, że nikt nie stosuje tego jeszcze na szeroką skalę, żeby wypromować wino w Polsce. Może robi to trochę Marek Kondrat, ale co o nim sądzi większość winiarskiego światka można sprawdzić choćby serfując w sieci.
    P.S. Konwent naprawdę przypominał stypę? Przybliżysz to jakoś? Po lekturze bloga Wojciecha Bońkowskiego można wysnuć zgoła inne wnioski...

    OdpowiedzUsuń na zawsze
  3. W Konwencie nie uczestniczyłam, ale zakładam, że Ty tak, Anonimie (?). Z lektury blogów i notki na eMW, jak już wspomniano, wyłania się raczej umiarkowany optymizm, niż płacz i zgrzytanie zębami. W każdym razie nawet gdyby było tak, jak piszesz, to wcale by mnie smutne miny winiarzy nie dziwiły - to był dla nich przecież trudny rok, a jego efekty będą odczuwalne jeszcze długo, długo.

    Zachęcam do podpisywania się pod takimi osądami. Łatwiej je wtedy traktować poważnie.

    Pozdrowienia.

    OdpowiedzUsuń na zawsze
  4. Doszły mnie słuchy, że się mylę w kwestii metafory. Spieszę doprecyzować (bo, jak widać, sama wpadam w takie pułapki), że w kontekście winopisania metafora musi być także funkcjonalna - a ta granice swoje posiada. Ot, choćby kiedy mówiący odwołuje się do sobie tylko znanych przeżyć, nie przybliżając ich odbiorcy lub przemyśleń, które wyprowadził w wyniku wieloetapowego wnioskowania w pieleszach własnego umysłu. Uff.

    Masz rację, Tomku, metafora nie ma granic!

    OdpowiedzUsuń na zawsze
  5. Tomek z pewnością ma rację tak w ogóle, ale jeśli metafora (albo inny środek literacki) ma czemuś służyć, np opisowi wina (bo w tym kontekście toczy się dyskusja) to dolną jej granicą jest górna granica absurdu.

    OdpowiedzUsuń na zawsze