Trochę się polscy winofile czasem sprzeczają na temat tego, jak mówić o winie i gdzie leżą granice metafory. Coraz częściej odnoszę wrażenie, że spór ten jest nie na miejscu - zanim się pobiegnie, należy nauczyć się chodzić. O ile w otoczeniu starych wyjadaczy (wypijaczy raczej...) z językiem można poszaleć, spoufalić się trochę ze sobą, poprześlizgiwać na powierzchni metafor, wdać w onomatopeiczny flirt, o tyle nieznajomym wypadałoby się najpierw przedstawić.
Winesur to mój trzeci argentyński mistrz marketingowy po Vino Argentino i Diego Maradonie, a ich My Wine Story to naprawdę niezłe działanie promującę argentyńskie wino w sieci, czyli na świecie. Założenie było proste: twórcy portalu umożliwili producentom opowiedzenie historii marki/etykiety, w sposób dowolny, byle zmieścili się w 100 słowach. Powstał z tego śliczny patchwork w barwach albicelestes: historyjki poważne, zabawne, z sensem i bez sensu, tradycyjne i nowoczesne, z nawiskiem lub anonimowe, pozwalające mówić samemu winu.
Site ma charakter promocyjny, ale nie jest bezczelny - raczej bazuje na prostej ludowej prawdzie, że chętniej kupujemy to, o czym cokolwiek wiemy. Wilk jest więc syty. Owca natomiast pozostaje cała - lektura jest na tyle lekka, że może z powodzeniem zastąpić poranny przegląd Pudelka przy kawie. Najwięcej jednak zyskuje argentyńskie wino, które przestaje być anonimowe, opowiada swoją historię, prowadzi dialog, podaje rękę.
Bo w sumie fajnie się przedstawić przed skonsumowaniem, hmm?

Nasi się powinni też nauczyć, jak rozmawiać o winie. Przy tego typu akcjach konwent winiarzy polskich przypomina nastrojem raczej stypę winiarzy polskich.
OdpowiedzUsuń na zawszePodoba mi się takie przybliżanie wina jako towaru. Poza tym opowiadanie historyjek jest przyjemne i leży u podstaw popularności enoturystyki. Dziwi mnie, że nikt nie stosuje tego jeszcze na szeroką skalę, żeby wypromować wino w Polsce. Może robi to trochę Marek Kondrat, ale co o nim sądzi większość winiarskiego światka można sprawdzić choćby serfując w sieci.
OdpowiedzUsuń na zawszeP.S. Konwent naprawdę przypominał stypę? Przybliżysz to jakoś? Po lekturze bloga Wojciecha Bońkowskiego można wysnuć zgoła inne wnioski...
W Konwencie nie uczestniczyłam, ale zakładam, że Ty tak, Anonimie (?). Z lektury blogów i notki na eMW, jak już wspomniano, wyłania się raczej umiarkowany optymizm, niż płacz i zgrzytanie zębami. W każdym razie nawet gdyby było tak, jak piszesz, to wcale by mnie smutne miny winiarzy nie dziwiły - to był dla nich przecież trudny rok, a jego efekty będą odczuwalne jeszcze długo, długo.
OdpowiedzUsuń na zawszeZachęcam do podpisywania się pod takimi osądami. Łatwiej je wtedy traktować poważnie.
Pozdrowienia.
Doszły mnie słuchy, że się mylę w kwestii metafory. Spieszę doprecyzować (bo, jak widać, sama wpadam w takie pułapki), że w kontekście winopisania metafora musi być także funkcjonalna - a ta granice swoje posiada. Ot, choćby kiedy mówiący odwołuje się do sobie tylko znanych przeżyć, nie przybliżając ich odbiorcy lub przemyśleń, które wyprowadził w wyniku wieloetapowego wnioskowania w pieleszach własnego umysłu. Uff.
OdpowiedzUsuń na zawszeMasz rację, Tomku, metafora nie ma granic!
Tomek z pewnością ma rację tak w ogóle, ale jeśli metafora (albo inny środek literacki) ma czemuś służyć, np opisowi wina (bo w tym kontekście toczy się dyskusja) to dolną jej granicą jest górna granica absurdu.
OdpowiedzUsuń na zawsze