Paracelsus, ojciec nowożytnej medycyny szwajcarskiego pochodzenia (także ojciec zagrożonej wymarciem tradycji obserwacji pacjenta i prowadzenia wywiadu lekarskiego), twierdził, że "wino to pokarm, lekarstwo i trucizna". W zależności, rzecz jasna, od dawki. Trudno nie przyznać mu racji (choć nie wzbudza mojego zaufania jako lekarz, kiedy patrzę na jego twarz szaleńca), niezależnie od osobniczego stosunku do wina jako takiego. Dyskusja o tym, gdzie kończy się pasja i kultura, a zaczyna choroba, jest wciąż otwarta, a jej najbardziej znanym objawem są różne normy spożycia wina w zależności od kraju.
Czerwone wino, to nie nowość, wpływa korzystnie na zdrowie. Antocyjany, resveratrol czy procyjanidyny to tylko kilka z wielu zbadanych substancji, których działanie może być zbawienne dla nadwyrężonych naczyń krwionośnych, obniżać ryzyko zachorowania na Alzheimera czy demencję, poprawiać stan pacjentów po udarze czy znacznie zmniejszać ryzyko drugiego zawału. Białe wino może mieć natomiast korzystny wpływ na stan płuc, o czym m.in. na stronach Instytutu Psychologii Zdrowia.
Oczywiście w opozycji wobec wszelkich pozytywnych nowinek ze świata winnej nauki zawsze pojawia się skwapliwe stwierdzenie: alkohol szkodzi zdrowiu. Tak, szkodzi. Dyskusja stara jak świat: w czasach, kiedy pito wino na sympozjonie w celu ożywienia dyskusji, abstynentów krytykowano za niepicie, a pijących - za nadużywanie. Literatura natomiast raz wychwala wino jako boski napój, by innym razem wylać je do rynsztoka wraz z resztą zła tego świata. Bezdyskusyjny jest jednak ogromny wpływ na rozwój kultury, głównie za sprawą zawartych w winie substancji psychoaktywnych podwyższających kreatywność. Bezdyskusyjne są także jego pozytywne aspekty socjologiczne, o czym z kolei można poczytać w przyjemnym artykule Milesa Thomasa "On vines and minds" opublikowanym w The Psychologist. (trochę o Marka Antoniusza wymiotowaniu w senacie, trochę o procesach decyzyjnych nietrzeźwych Persów, ale także sporo informacji bardzo aktualnych, poważnych, naukowych).
Tymczasem, cytując klasyka: prawda leży zawsze tam, gdzie leży. Dosis facit venenum (Paracelsus).
Ale czy umiar nie jest zalecany we wszystkim?
środa, 30 grudnia 2009
poniedziałek, 28 grudnia 2009
tanie wino jest dobre...
...bo jest dobre i tanie.
Dowiedziałam się, że po moim poście dotyczącym Tchergi znacznie wzrósł na nią popyt wśród mniej zasobnych, studenckich portfeli. Jakże się cieszę, że studenci już nie chcą pić tylko Sofii!
Zdałam sobie też sprawę, że moja wewnętrzna-wstydliwa-misja popularyzowania wina wśród wszelkich konsumentów ma sens. Z wdzięczności, a także z troski, by na studenckim stole nie stanęło znowu 5 butelek Tchergi w różnych kolorach, przedstawiam listę kilku win ekonomicznych, smacznych, a jednocześnie nie wymagających podniebienia barbarzyńcy. Zdecydowana większość występuje w kartonach trzylitrowych (ceny od 50 do 60 pln za karton, czyli za 4 butelki), które gorąco polecam, choć wydają się gwałtem na nieskalanej, gładkiej butelce. To mało romantyczne opakowanie obniża cenę o mniej więcej 10 pln (0,75l na półce kosztuje np. 25 pln, a w trzylitrowym kartonie nie więcej niż 16 pln). Cena okazuje się więc niebywale kusząca, a wino jest więcej niż przyzwoite. Do tego kranik, który pozwala wygodnie dozować wino i nie uronić ani kropli.
Hiszpania, DO Utiel-Requena: Fuenteseca blanco - przewaga macabeo (80%) i trochę sauvignon blanc (20%) - czyste, ciemnożółte, lekkie. Owocowy nos, usta dodatkowo kwiatowe. Nuty brzoskwiniowe. Niska kwasowość.
Hiszpania, DO Utiel-Requena: Fuenteseca tinto - naprawdę pyszne wino czerwone, wytrawne. Wyraźne nuty owocowe, głównie jeżyna. Długość ok, choć nie powala.
Kalifornia, Western Cellars: Colombard/Chardonnay - białe wytrawne wino. Smaczne, lekkie, bardzo aromatyczne. W niczym nie przeszkadza :)
Chile, El Emperador: Sauvignon Blanc - wino białe, łatwe i przyjemne. Wprawdzie niewiele w nim z typowego sauvignon, ale i tak jest niezłe. Mało kwasowe, ale wiem, że dla niektórych to zaleta. Niezbyt długie i raczej bez głębi.
Kalifornia, Western Cellars: Cabernet Sauvignon - czerwone, niezbyt pełne, bardziej przypomina merlota niż cabernet sauvignon. Wyczuwalna nuta wanilii. Dobrze się to pije.
Hiszpania, DO Navarra: Finca Lasierpe tinto - czerwone, wytrawne. Owocowe i natychmiastowe. Proste. Najdroższe z ww., bo kosztuje ok. 19 pln. Występuje bodajże tylko w butelkach.
Większość do dostania np. w Winarium, Carrefourze czy w Makro. Polecam szczególnie wyprawę właśnie do Makro - mają niegłupi wybór win w znośnych cenach. W butelkach, w kartonach i w osławionych małpkach. Sporo wśród nich win musujących.
Miłej zabawy!
Dowiedziałam się, że po moim poście dotyczącym Tchergi znacznie wzrósł na nią popyt wśród mniej zasobnych, studenckich portfeli. Jakże się cieszę, że studenci już nie chcą pić tylko Sofii!
Zdałam sobie też sprawę, że moja wewnętrzna-wstydliwa-misja popularyzowania wina wśród wszelkich konsumentów ma sens. Z wdzięczności, a także z troski, by na studenckim stole nie stanęło znowu 5 butelek Tchergi w różnych kolorach, przedstawiam listę kilku win ekonomicznych, smacznych, a jednocześnie nie wymagających podniebienia barbarzyńcy. Zdecydowana większość występuje w kartonach trzylitrowych (ceny od 50 do 60 pln za karton, czyli za 4 butelki), które gorąco polecam, choć wydają się gwałtem na nieskalanej, gładkiej butelce. To mało romantyczne opakowanie obniża cenę o mniej więcej 10 pln (0,75l na półce kosztuje np. 25 pln, a w trzylitrowym kartonie nie więcej niż 16 pln). Cena okazuje się więc niebywale kusząca, a wino jest więcej niż przyzwoite. Do tego kranik, który pozwala wygodnie dozować wino i nie uronić ani kropli.
Hiszpania, DO Utiel-Requena: Fuenteseca blanco - przewaga macabeo (80%) i trochę sauvignon blanc (20%) - czyste, ciemnożółte, lekkie. Owocowy nos, usta dodatkowo kwiatowe. Nuty brzoskwiniowe. Niska kwasowość.
Hiszpania, DO Utiel-Requena: Fuenteseca tinto - naprawdę pyszne wino czerwone, wytrawne. Wyraźne nuty owocowe, głównie jeżyna. Długość ok, choć nie powala.
Kalifornia, Western Cellars: Colombard/Chardonnay - białe wytrawne wino. Smaczne, lekkie, bardzo aromatyczne. W niczym nie przeszkadza :)
Chile, El Emperador: Sauvignon Blanc - wino białe, łatwe i przyjemne. Wprawdzie niewiele w nim z typowego sauvignon, ale i tak jest niezłe. Mało kwasowe, ale wiem, że dla niektórych to zaleta. Niezbyt długie i raczej bez głębi.
Kalifornia, Western Cellars: Cabernet Sauvignon - czerwone, niezbyt pełne, bardziej przypomina merlota niż cabernet sauvignon. Wyczuwalna nuta wanilii. Dobrze się to pije.
Hiszpania, DO Navarra: Finca Lasierpe tinto - czerwone, wytrawne. Owocowe i natychmiastowe. Proste. Najdroższe z ww., bo kosztuje ok. 19 pln. Występuje bodajże tylko w butelkach.
Większość do dostania np. w Winarium, Carrefourze czy w Makro. Polecam szczególnie wyprawę właśnie do Makro - mają niegłupi wybór win w znośnych cenach. W butelkach, w kartonach i w osławionych małpkach. Sporo wśród nich win musujących.
Miłej zabawy!
Etykiety:
białe,
cabernet sauvignon,
chardonnay,
czerwone,
merlot,
sauvignon blanc,
tanie wino,
Tcherga
środa, 23 grudnia 2009
wesołych świąt! feliz navidad! bon nadal! boas festas!
Nie potrafię pominąć tematu nadchodzących świąt, choć myśląc o umieszczeniu tu życzeń dla Czytelników, poczułam się jak część wielkiej, rozpędzonej maszyny: maszyny, która wysyła automatyczne maile z życzeniami, która puszcza w marketach kolędy od listopada, sprzedaje piernikowe choinki we wrześniu. Sama idea świąt odpowiada mi. Brakuje w tym jednak odrobiny spokoju i intymności.
Zwyciężyła jednak we mnie chęć, by złożyć wszystkim, którzy mnie czytują i tym, którzy mi kibicują (w sumie tym, co rzucają mi kłody pod nogi - także) życzenia ciepła, zdrowia i uśmiechu. I siły.
I pamiętajcie, że nie wszystko w życiu jest czarne albo białe.
Zwyciężyła jednak we mnie chęć, by złożyć wszystkim, którzy mnie czytują i tym, którzy mi kibicują (w sumie tym, co rzucają mi kłody pod nogi - także) życzenia ciepła, zdrowia i uśmiechu. I siły.
I pamiętajcie, że nie wszystko w życiu jest czarne albo białe.
niedziela, 20 grudnia 2009
w poszukiwaniu straconego zapachu
Choroba tymczasowo pozbawiła mnie węchu, z co za tym idzie - także smaku. Czuję się niepełnosprawna.
Przyznam jednak, że brak węchu skłonił mnie do pewnych nad nim refleksji (do pary z komentarzem BnC pod poprzednim postem, a propos rieslinga).
Węch to jeden z najstarszych zmysłów (obok słuchu) - prawdopodobnie węchomózgowie osiągnęło zbliżony do współczesnego poziom rozwoju na długo przed ewolucyjnym oddzieleniem się ssaków. Jest to zmysł skomplikowany, bardzo rozwinięty i niezbędny! Co najważniejsze jednak, dający się ćwiczyć. Sam mechanizm jest dość prosty: wdychamy cząsteczki zapachu, które tym samym docierają do receptorów węchowych umieszczonych, z grubsza, pod i między oczami. Reakcją receptora jest wysłanie impulsu nerwowego do opuszki węchowej, a stąd do węchomózgowia. Na temat samych receptorów istnieje wiele teorii: jedni uważają, że cząsteczki zapachu działają na zasadzie zamka i klucza,czyli mogą pobudzić jedynie receptor o odpowiednim kształcie. Inni przekonują, że receptory są jak spektrometry i potrafią interpretować częstotliwość drgań konkretnych cząsteczek zapachu. Ponad tysiąc genów (za wzrok odpowiadają... trzy), około czterdzieści milionów komórek węchowych, tysiąc receptorów (oko ma trzy typy...) i pięć milionów neuronów w nerwie węchowym: robi wrażenie, prawda? Wszystko po to, by czerpać radość z wina.
Interpretacja zapachu i emocjonalna odpowiedź na niego to sprawa osobnicza. Poszczególne receptory pobudzają różne ośrodki u różnych ludzi w zależności od ich osobistej zapachowej "pamięci". To właśnie osobista pamięć węchowa sprawiła, że zapach magdalenki przypominał Marcelowi dzieciństwo (W poszukiwaniu straconego czasu, M. Proust). Ta sama pamięć obezwładniała Franka Slade'a (Zapach kobiety, oskarowy Al Pacino). I ta sama brutalna fizjologia przenosi mnie do pachnącej wędzonką i malinami letniej kuchni mojego dziadka na Podlasiu, kiedy wącham cabernet sauvignon:

Ja bezustannie mam sześć lat, a on jest wiecznie żywy.
Macie podobne wspomnienia?
Przyznam jednak, że brak węchu skłonił mnie do pewnych nad nim refleksji (do pary z komentarzem BnC pod poprzednim postem, a propos rieslinga).
Węch to jeden z najstarszych zmysłów (obok słuchu) - prawdopodobnie węchomózgowie osiągnęło zbliżony do współczesnego poziom rozwoju na długo przed ewolucyjnym oddzieleniem się ssaków. Jest to zmysł skomplikowany, bardzo rozwinięty i niezbędny! Co najważniejsze jednak, dający się ćwiczyć. Sam mechanizm jest dość prosty: wdychamy cząsteczki zapachu, które tym samym docierają do receptorów węchowych umieszczonych, z grubsza, pod i między oczami. Reakcją receptora jest wysłanie impulsu nerwowego do opuszki węchowej, a stąd do węchomózgowia. Na temat samych receptorów istnieje wiele teorii: jedni uważają, że cząsteczki zapachu działają na zasadzie zamka i klucza,czyli mogą pobudzić jedynie receptor o odpowiednim kształcie. Inni przekonują, że receptory są jak spektrometry i potrafią interpretować częstotliwość drgań konkretnych cząsteczek zapachu. Ponad tysiąc genów (za wzrok odpowiadają... trzy), około czterdzieści milionów komórek węchowych, tysiąc receptorów (oko ma trzy typy...) i pięć milionów neuronów w nerwie węchowym: robi wrażenie, prawda? Wszystko po to, by czerpać radość z wina.
Interpretacja zapachu i emocjonalna odpowiedź na niego to sprawa osobnicza. Poszczególne receptory pobudzają różne ośrodki u różnych ludzi w zależności od ich osobistej zapachowej "pamięci". To właśnie osobista pamięć węchowa sprawiła, że zapach magdalenki przypominał Marcelowi dzieciństwo (W poszukiwaniu straconego czasu, M. Proust). Ta sama pamięć obezwładniała Franka Slade'a (Zapach kobiety, oskarowy Al Pacino). I ta sama brutalna fizjologia przenosi mnie do pachnącej wędzonką i malinami letniej kuchni mojego dziadka na Podlasiu, kiedy wącham cabernet sauvignon:
Ja bezustannie mam sześć lat, a on jest wiecznie żywy.
Macie podobne wspomnienia?
piątek, 18 grudnia 2009
Riesling: obiekt pożądania
Jakiś czas temu, kiedy przeczytałam porywającą monografię o rieslingu, pomyślałam, że przekażę autorom numer telefonu do niezłego psychiatry. Soczyste epitety, pełne uwielbienia opisy największego kwasiora, jakiego doznało moje podniebienie. Szaleńcy, no!
Teraz riesling wydaje mi się idealnym mężczyzną. Jest silny, męski, ale nieco szorstki w obyciu i niedostępny - przynajmniej z pozoru. Bywa uroczy w swym nieokrzesaniu i jest brutalnie szczery. Przystojny? Czy ja wiem? Dopiero po bliższym poznaniu. Tajemniczy? Z pewnością.
Prywatny przegląd rieslingów, jaki ostatnio zrobiłam, to potrzeba sumienia, sposób na wymazanie niedorzecznych didaskaliów, jakie tworzyłam w myślach przy pierwszej lekturze artykułów dotyczących tego szczepu (teksty znajdziecie w Magazynie Wino w zakładce Monografie). Dziś zgadzam się niemal z każdym zdaniem. Nabyłam więc drogą kupna (niestety) trzy rieslingi z różnych regionów. Na chybił trafił jeden macedoński, jeden alzacki i, last but not least, jeden mozelski. Macedonia ma najmniej rieslinga w rieslingu, za to Alzację poleciłabym jako wstęp do rieslinga dla wszystkich nieprzekonanych. Mozela jest królem.
Wino z Macedonii jak na rieslinga jest dość słodkie i łagodne. Trochę charakterystycznych cech tego szczepu odnaleźć można w bukiecie: mnóstwo kwiatów, ale świeżych, cytrusowych. Smak natomiast przeciętny, owocowy, słodkawy i brak mu charakterystycznej kwasowości. Wypić i zapomnieć:
Alzacja wydała mi się ziemista, wilgotna, piwniczna. Kwasowość jak na rieslinga niezbyt ostra. Za to zanurzenie nosa w kieliszku można porównać do zanurzenia tegoż samego nosa w bukiecie świeżo upolowanych, egzotycznych kwiatów owiniętych dopiero-co-skoszoną trawą. Zawrót głowy murowany. Smak podobny, przyjemnie ścinający podniebienie. Długodystansowiec: cytrusy, melon i morela pozostają na języku zaskakująco długo po przełknięciu symbolicznej ilości wina. Dobry dla początkujących rieslingowców, przekonujący. Warto do tego wina wracać:
Ach, Mozela! Ten riesling mnie uwiódł i będę mu wierna. Przede wszystkim arcyprzyjemnie było obserwować jak to wino otwiera się: od cytryny pomieszanej z gruszką, poprzez kwaśne pomarańcze, grejpfrut z renetą i mango. Dużo, prawda? Mam jednak problem z identyfikacją zapachu - niby cytrusowy, ale pachnie też trochę tak, jak pachnie strumień w górach, kiedy wszystko dookoła skute jest lodem i przykryte śniegiem. Taka czysta, chłodna woń mokrego kamienia. Chwilę później dołącza do niej zapach róż. To wszystko w połączeniu z kolorem, którego prawie nie ma, i kwasowością ostrą jak brzytwa, czyni to wino niezapomnianym. Ten estetyczny nokaut opatrzony jest niepozorną etykietą:
Prawdziwą odą do rieslinga jest Riesling Mon Amour Wojciecha Bońkowskiego. Przeczytaj, wypij i będziesz po ciemnej stronie mocy.
Teraz riesling wydaje mi się idealnym mężczyzną. Jest silny, męski, ale nieco szorstki w obyciu i niedostępny - przynajmniej z pozoru. Bywa uroczy w swym nieokrzesaniu i jest brutalnie szczery. Przystojny? Czy ja wiem? Dopiero po bliższym poznaniu. Tajemniczy? Z pewnością.
Prywatny przegląd rieslingów, jaki ostatnio zrobiłam, to potrzeba sumienia, sposób na wymazanie niedorzecznych didaskaliów, jakie tworzyłam w myślach przy pierwszej lekturze artykułów dotyczących tego szczepu (teksty znajdziecie w Magazynie Wino w zakładce Monografie). Dziś zgadzam się niemal z każdym zdaniem. Nabyłam więc drogą kupna (niestety) trzy rieslingi z różnych regionów. Na chybił trafił jeden macedoński, jeden alzacki i, last but not least, jeden mozelski. Macedonia ma najmniej rieslinga w rieslingu, za to Alzację poleciłabym jako wstęp do rieslinga dla wszystkich nieprzekonanych. Mozela jest królem.
Wino z Macedonii jak na rieslinga jest dość słodkie i łagodne. Trochę charakterystycznych cech tego szczepu odnaleźć można w bukiecie: mnóstwo kwiatów, ale świeżych, cytrusowych. Smak natomiast przeciętny, owocowy, słodkawy i brak mu charakterystycznej kwasowości. Wypić i zapomnieć:
Alzacja wydała mi się ziemista, wilgotna, piwniczna. Kwasowość jak na rieslinga niezbyt ostra. Za to zanurzenie nosa w kieliszku można porównać do zanurzenia tegoż samego nosa w bukiecie świeżo upolowanych, egzotycznych kwiatów owiniętych dopiero-co-skoszoną trawą. Zawrót głowy murowany. Smak podobny, przyjemnie ścinający podniebienie. Długodystansowiec: cytrusy, melon i morela pozostają na języku zaskakująco długo po przełknięciu symbolicznej ilości wina. Dobry dla początkujących rieslingowców, przekonujący. Warto do tego wina wracać:
Ach, Mozela! Ten riesling mnie uwiódł i będę mu wierna. Przede wszystkim arcyprzyjemnie było obserwować jak to wino otwiera się: od cytryny pomieszanej z gruszką, poprzez kwaśne pomarańcze, grejpfrut z renetą i mango. Dużo, prawda? Mam jednak problem z identyfikacją zapachu - niby cytrusowy, ale pachnie też trochę tak, jak pachnie strumień w górach, kiedy wszystko dookoła skute jest lodem i przykryte śniegiem. Taka czysta, chłodna woń mokrego kamienia. Chwilę później dołącza do niej zapach róż. To wszystko w połączeniu z kolorem, którego prawie nie ma, i kwasowością ostrą jak brzytwa, czyni to wino niezapomnianym. Ten estetyczny nokaut opatrzony jest niepozorną etykietą:
Prawdziwą odą do rieslinga jest Riesling Mon Amour Wojciecha Bońkowskiego. Przeczytaj, wypij i będziesz po ciemnej stronie mocy.
środa, 16 grudnia 2009
bułgarski kod kreskowy
Blog, który lubię, napisał ostatnio o jednym z moich ulubionych tanich win (jak inaczej nazwać wino za 16 pln?). Napisał o ich wersji czerwonej wytrawnej, a to natchnęło mnie, żeby podzielić się moim zachwytem nad wersją białą półwytrawną. Cena: 14 pln.
Oczywiście wyznacznikiem jakości wina nie jest cena. Tym niemniej jeśli można nacieszyć zmysły taniej, radość jest jeszcze większa. Tak właśnie jest z białą i czerwoną Tchergą:
Nie podzielam zachwytów nad etykietą (wiem, ma imitować bułgarski dywanik), choć zachwyty te obserwuję dość często. Sama etykieta jest optymistyczna i śliczna, to fakt. W moim odczuciu nie pasuje jednak ani do wina w ogóle, ani też do tego konkretnie trunku w opatrzonej kolorowymi paskami butelce. De gustibus... W każdym razie jest profi, zapadająca w pamięć i ciężko ją z czymkolwiek pomylić. Butelkę łatwo odnajduje się na sklepowej półce - czyli cel producenta osiągnięty.
Biała półwytrawna Tcherga pochodzi z Niziny Trackiej i jest mieszanką chardonnay, aligote i dimyat. Wino długości przeciętnej, ale da się to wybaczyć. W smaku trochę melona, trochę jabłka i cytrusów, a gdzieś w końcówce wanilia i bakalie, choć niestety ich wyczucie wymaga pewnego skupienia i wcale oczywiste nie jest (wyczułam ten smak dopiero po chwili milczenia - to nie zdarza się często). Przyjemna, letnia kwasowość.
Kolor cytrynowy z odrobiną zieleni. Intensywny. Energetyczny.
Gdyby tak jeszcze miało bogatszy nos! Zapach Tchergi jest dość ulotny, mało charakterystyczny.
Ale, ale: 14 pln!
Wprawdzie producent zachęca do łączenia Tchergi z owocami morza, rybami i drobiem, ale ja miałam okazję pić je między innymi w towarzystwie liutenicy i sałatki szopskiej. Udało się zgrać smaki - ostatecznie wszystkie były bułgarskie.
Oczywiście wyznacznikiem jakości wina nie jest cena. Tym niemniej jeśli można nacieszyć zmysły taniej, radość jest jeszcze większa. Tak właśnie jest z białą i czerwoną Tchergą:
Nie podzielam zachwytów nad etykietą (wiem, ma imitować bułgarski dywanik), choć zachwyty te obserwuję dość często. Sama etykieta jest optymistyczna i śliczna, to fakt. W moim odczuciu nie pasuje jednak ani do wina w ogóle, ani też do tego konkretnie trunku w opatrzonej kolorowymi paskami butelce. De gustibus... W każdym razie jest profi, zapadająca w pamięć i ciężko ją z czymkolwiek pomylić. Butelkę łatwo odnajduje się na sklepowej półce - czyli cel producenta osiągnięty.
Biała półwytrawna Tcherga pochodzi z Niziny Trackiej i jest mieszanką chardonnay, aligote i dimyat. Wino długości przeciętnej, ale da się to wybaczyć. W smaku trochę melona, trochę jabłka i cytrusów, a gdzieś w końcówce wanilia i bakalie, choć niestety ich wyczucie wymaga pewnego skupienia i wcale oczywiste nie jest (wyczułam ten smak dopiero po chwili milczenia - to nie zdarza się często). Przyjemna, letnia kwasowość.
Kolor cytrynowy z odrobiną zieleni. Intensywny. Energetyczny.
Gdyby tak jeszcze miało bogatszy nos! Zapach Tchergi jest dość ulotny, mało charakterystyczny.
Ale, ale: 14 pln!
Wprawdzie producent zachęca do łączenia Tchergi z owocami morza, rybami i drobiem, ale ja miałam okazję pić je między innymi w towarzystwie liutenicy i sałatki szopskiej. Udało się zgrać smaki - ostatecznie wszystkie były bułgarskie.
Etykiety:
Aligote,
barcode: 3800011409321,
Bułgaria,
chardonnay,
Dimyat,
tanie wino,
Tcherga
poniedziałek, 14 grudnia 2009
cava de las cavas
Zacznę od tego, że kocham cavę.
Hiszpania eksportuje nieziemskie ilości wina musującego, przy czym miażdżąca większość powstaje w Alto Penedès w Katalonii. Kiedy w 1911 Szampania otrzymała wyłączność na używanie nazwy "szampan", hiszpańskie wino musujące otrzymało nazwę cava (pierwotnie słowo cava oznaczało grotę, w której dojrzewa wino).
Cava powstaje metodą naturalną, podobnie jak musujący trunek zza miedzy - szampan. Od kilku lat zwycięża w rankingach popularności na całym świecie, głównie z racji bardzo dobrego stosunku jakości do ceny. Macabeo, parellada, xarel-lo i chardonnay - kombinacji tych właśnie szczepów cava zawdzięcza swój sukces, który zapewne tkwi w różnorodności aromatów: kwiaty, owoce, ziemia. Przy tym wszystkim cava jest zawsze lekka, świeża. Rozróżnić można kilka typów cavy w zależności od czasu trwania drugiej fermentacji, zawartości cukru oraz rodzaju winogron, z których powstała. To jednak temat na wykład.
Hiszpania eksportuje nieziemskie ilości wina musującego, przy czym miażdżąca większość powstaje w Alto Penedès w Katalonii. Kiedy w 1911 Szampania otrzymała wyłączność na używanie nazwy "szampan", hiszpańskie wino musujące otrzymało nazwę cava (pierwotnie słowo cava oznaczało grotę, w której dojrzewa wino).
Cava powstaje metodą naturalną, podobnie jak musujący trunek zza miedzy - szampan. Od kilku lat zwycięża w rankingach popularności na całym świecie, głównie z racji bardzo dobrego stosunku jakości do ceny. Macabeo, parellada, xarel-lo i chardonnay - kombinacji tych właśnie szczepów cava zawdzięcza swój sukces, który zapewne tkwi w różnorodności aromatów: kwiaty, owoce, ziemia. Przy tym wszystkim cava jest zawsze lekka, świeża. Rozróżnić można kilka typów cavy w zależności od czasu trwania drugiej fermentacji, zawartości cukru oraz rodzaju winogron, z których powstała. To jednak temat na wykład.
Cava sprzedaje się w ilości około 228 milionów butelek rocznie. Już wiadomo, że jej sprzedaż wzrosła w odniesieniu do roku 2008, przy czym rok jeszcze się nie skończył, a grudzień to czas ogromnego zainteresowania winami musującymi.
Polecam cavę, nie tylko przez wzgląd na moją ibero- i lusofilię. Jest pyszna! Nie zdarzyło mi się pić tragicznego Freixeneta czy Lloparta. Na mojej subiektywnej liście króluje jednak niewątpliwie Sumarroca Brut Reserva (Sumarroca bywa w polskich sklepach, najczęściej w wersji półwytrawnej):
Kolor idealny: słomkowy wpadający z seledyn. Uroczo przejrzyste. Radosne. Perliste. Nos ultraświeży, z głośnymi nutami cytrusowymi (czuć wyraźnie cały skład: dominującą parelladę, macabeo, xarel-lo, a nawet chardonnay, choć stanowi ledwie 7%). Arcydelikatna woń drożdży.
Elegancki, wytrawny i długotrwały.
Świetny do wznoszenia toastu, do sączenia zamiast śniadania. Do kąpieli pewnie też, choć nie sprawdzałam.
Polecam cavę, nie tylko przez wzgląd na moją ibero- i lusofilię. Jest pyszna! Nie zdarzyło mi się pić tragicznego Freixeneta czy Lloparta. Na mojej subiektywnej liście króluje jednak niewątpliwie Sumarroca Brut Reserva (Sumarroca bywa w polskich sklepach, najczęściej w wersji półwytrawnej):
Kolor idealny: słomkowy wpadający z seledyn. Uroczo przejrzyste. Radosne. Perliste. Nos ultraświeży, z głośnymi nutami cytrusowymi (czuć wyraźnie cały skład: dominującą parelladę, macabeo, xarel-lo, a nawet chardonnay, choć stanowi ledwie 7%). Arcydelikatna woń drożdży.
Elegancki, wytrawny i długotrwały.
Świetny do wznoszenia toastu, do sączenia zamiast śniadania. Do kąpieli pewnie też, choć nie sprawdzałam.
niedziela, 13 grudnia 2009
miłe złego początki
Gewürztraminer jawi mi się jako szczep bardzo wrażliwy na wszelkie, pozornie mało istotne cechy terroir. Kojarzy mi się głównie z winami potężnymi, intensywnymi jak perfumy, balsamicznymi. I kojarzy mi się, a jakże, z Alzacją, bo tam właśnie ukazuje pełnię swoich możliwości - głównie z powodu temperatur. Gewürztraminer potrzebuje chłodu. Zbyt dużo ciepła nie uwolni w nim tego, co najlepsze.
W przeciwieństwie do innych białych szczepów, ten bywa ciężki. Moze dlatego nie jestem do niego przekonana? Ale do rzeczy, czyli do malowniczej etykiety:
Cena przeciętna, ani wysoka, ani niska. W smaku trochę owoców, zupełny brak kwasowości, ale to, powiedzmy, nie odbiega w przypadku tego szczepu od normy. Mineralne, piaskowe. Generalnie esencja gewürztraminera - zresztą w Alzacji preferuje się wina jednoszczepowe, co pozwala pokazać ich indywidualny charakter.
Przepiękny kolor - złoty, może miodowy.
I zapach. Oszałamiający. Intrygujący. Piękny. Do czasu, kiedy wino nałykało się tlenu. A wtedy, za każdym razem, kiedy nachylałam się nad kieliszkiem, żeby złapać kolejny łyk tego dziwnego wina, czułam się tak, jakbym dogrzebywała się do dna kosza na pranie i znalazła tam zapomnianą, mokrą ścierę wydzielającą woń absolutnego rozkładu pomieszaną z tanimi perfumami starszej pani.
To, co było intrygujące, stało się irytujące.
W przeciwieństwie do innych białych szczepów, ten bywa ciężki. Moze dlatego nie jestem do niego przekonana? Ale do rzeczy, czyli do malowniczej etykiety:
Cena przeciętna, ani wysoka, ani niska. W smaku trochę owoców, zupełny brak kwasowości, ale to, powiedzmy, nie odbiega w przypadku tego szczepu od normy. Mineralne, piaskowe. Generalnie esencja gewürztraminera - zresztą w Alzacji preferuje się wina jednoszczepowe, co pozwala pokazać ich indywidualny charakter.
Przepiękny kolor - złoty, może miodowy.
I zapach. Oszałamiający. Intrygujący. Piękny. Do czasu, kiedy wino nałykało się tlenu. A wtedy, za każdym razem, kiedy nachylałam się nad kieliszkiem, żeby złapać kolejny łyk tego dziwnego wina, czułam się tak, jakbym dogrzebywała się do dna kosza na pranie i znalazła tam zapomnianą, mokrą ścierę wydzielającą woń absolutnego rozkładu pomieszaną z tanimi perfumami starszej pani.
To, co było intrygujące, stało się irytujące.
sobota, 12 grudnia 2009
wstydliwa przeszłość vinho verde
Pochodzenie nazwy vinho verde było dla mnie zagadką. Rozwiązanie znalazłam w Revista dos Vinhos.
Wśród portugalskich konsumentów i winiarzy pokutuje przekonanie, że vinho verde wzięło swoją nazwę od wiecznie zielonych, świeżych, soczystych krajobrazów regionu Minho. Nawet w gorących letnich okresach Minho pozostawało zielone z powodu wszechobecnej winorośli, podwieszanej ponad karłowatymi drzewami, wchłaniającej pola uprawne, pożerającej płoty i ogrodzenia.
Sielanka. Zieleń. Kraina szczęśliwości.
Bzdura.
Bajkę tą wymyślono, aby przykryć fakt, że wino w tym regionie powstawało z winogron zielonych, nie do końca dojrzałych – a przynajmniej nie tak dojrzałych jak te z innych regionów winiarskich Portugalii. Wieść ta niosła się jak Portugalia długa i szeroka (w przypadku kraju-kiszki, raczej tylko „jak długa”), podsycana przez winną konkurencję. Faktycznie, to wytwarzanie trunku z zielonych owoców dało imię vinho verde. Połączenie klimatu oraz tradycyjnych metod uprawiania winorośli (gęste nasadzenie, wysokie upinanie, obfite podlewanie) warunkowały kiepską dojrzałość owoców i to od niej wzięło swoją nazwę drugie najpopularniejsze dziś wino Portugalii (pierwsze, jeśli mówimy o eksporcie, wino nie wzmacniane). Prawda bywa przykra.
Portugalskie prawo winiarskie z połowy ubiegłego wieku dzieliło krajowe wina na verdes (zielone) i maduros (dojrzałe). Ta sama ustawa określała zawartość alkoholu w winie zielonym na 8-11,5 procenta (wyjątkiem było wino ze szczepu alvarinho, mające od 11,5 do 13 procent zawartości alkoholu), podczas gdy w winie maduro zawartość alkoholu wynosiła minimum 11 procent. Dojrzałe wina dzielono na stołowe oraz regionalne (przy czym wśród nich znajdowały się jedynie regiony Douro, Dão, Bucelas i Colares). Wyszczególniono także liczne wina musujące, likiery, wina wzmacniane, aperitify i wina lecznicze.
Oczywiście to wszystko tylko historyczna ciekawostka – dziś zupełnie bez znaczenia. W regionach produkcji vinho verde zaszły w ostatnich dekadach kolosalne zmiany: unowocześniono metody uprawy winorośli, zaczęto hodować szczepy wysokiej jakości (alvarinho, loureiro, avesso – żeby wspomnieć najważniejsze). Owoce osiągają akuratną dojrzałość i dają jedne z najlepszych win białych w kraju.
Z nazwą vinho verde jest chyba tak, jak z pytaniem o liczbę kochanków/kochanek. Ta liczba jest bez znaczenia. Wszak ważne jest to, co dostajemy tu i teraz.
P.S. Kończąc wywody na temat vinho verde odsyłam do portugalskiej strony tego produktu, na której - znając numer serii i rocznik - możecie poznać historię waszej butelki zielonego wina.
História de uma garrafa
Smacznego śledztwa.
Wśród portugalskich konsumentów i winiarzy pokutuje przekonanie, że vinho verde wzięło swoją nazwę od wiecznie zielonych, świeżych, soczystych krajobrazów regionu Minho. Nawet w gorących letnich okresach Minho pozostawało zielone z powodu wszechobecnej winorośli, podwieszanej ponad karłowatymi drzewami, wchłaniającej pola uprawne, pożerającej płoty i ogrodzenia.
Sielanka. Zieleń. Kraina szczęśliwości.
Bzdura.
Bajkę tą wymyślono, aby przykryć fakt, że wino w tym regionie powstawało z winogron zielonych, nie do końca dojrzałych – a przynajmniej nie tak dojrzałych jak te z innych regionów winiarskich Portugalii. Wieść ta niosła się jak Portugalia długa i szeroka (w przypadku kraju-kiszki, raczej tylko „jak długa”), podsycana przez winną konkurencję. Faktycznie, to wytwarzanie trunku z zielonych owoców dało imię vinho verde. Połączenie klimatu oraz tradycyjnych metod uprawiania winorośli (gęste nasadzenie, wysokie upinanie, obfite podlewanie) warunkowały kiepską dojrzałość owoców i to od niej wzięło swoją nazwę drugie najpopularniejsze dziś wino Portugalii (pierwsze, jeśli mówimy o eksporcie, wino nie wzmacniane). Prawda bywa przykra.
Portugalskie prawo winiarskie z połowy ubiegłego wieku dzieliło krajowe wina na verdes (zielone) i maduros (dojrzałe). Ta sama ustawa określała zawartość alkoholu w winie zielonym na 8-11,5 procenta (wyjątkiem było wino ze szczepu alvarinho, mające od 11,5 do 13 procent zawartości alkoholu), podczas gdy w winie maduro zawartość alkoholu wynosiła minimum 11 procent. Dojrzałe wina dzielono na stołowe oraz regionalne (przy czym wśród nich znajdowały się jedynie regiony Douro, Dão, Bucelas i Colares). Wyszczególniono także liczne wina musujące, likiery, wina wzmacniane, aperitify i wina lecznicze.
Oczywiście to wszystko tylko historyczna ciekawostka – dziś zupełnie bez znaczenia. W regionach produkcji vinho verde zaszły w ostatnich dekadach kolosalne zmiany: unowocześniono metody uprawy winorośli, zaczęto hodować szczepy wysokiej jakości (alvarinho, loureiro, avesso – żeby wspomnieć najważniejsze). Owoce osiągają akuratną dojrzałość i dają jedne z najlepszych win białych w kraju.
Z nazwą vinho verde jest chyba tak, jak z pytaniem o liczbę kochanków/kochanek. Ta liczba jest bez znaczenia. Wszak ważne jest to, co dostajemy tu i teraz.
P.S. Kończąc wywody na temat vinho verde odsyłam do portugalskiej strony tego produktu, na której - znając numer serii i rocznik - możecie poznać historię waszej butelki zielonego wina.
História de uma garrafa
Smacznego śledztwa.
środa, 9 grudnia 2009
deve beber-se muito frio
Vinho verde nie musi być białe-wpadające-w-zieleń (verde znaczy po prostu "zielony"), choć takie pokutuje przekonanie. Tymczasem vinho verde oznacza po prostu wino świeże i młode, a występuje zarówno w wersji branco jak tinto. Istotną cechą wspólną jest skłonność do bąbelków, świeżość i ekstraordynaryjność granicząca z agresją. Białe vinho verde jest z reguły wytrawne, kwaskowate, lekkie i dość owocowe. Czerwone są cierpkie i, powiedziałabym, nachalne.
Moje ulubione vinho verde (swego czasu niezbyt dobrze ocenione przez polski magazyn branżowy) miało w Portugalii dodatkową pozytywną cechę: cenę. Próżno cechy tej upatrywać na półkach polskich sklepów. Ponad trzykrotnemu wzrostowi ceny niestety nie towarzyszy wzrost walorów smakowych.
Casal Garcia faktycznie jest zielonkawe. W zapachu kwiatowe, lecz w smaku raczej kwaśnoowocowe, z wyraźną nutą zielonego jabłka, która trwa nawet w końcówce. Jest nieziemskim towarzystwem dla owoców morza, bez zadyszki nadąża za dorszem, ośmiornicą z grilla, oliwkami. Średnio je sobie wyobrażam z serami, ale może brak mi wyobraźni. Kiedyś spróbuję nakubkowo.
Nie wolno przy tym lekceważyć zaleceń co do temperatury wina: sugeruje się około 8 stopni. W przypadku vinho verde to bardzo ważne, dlatego informacje umieszczono na przedniej etykiecie.
Moje ulubione vinho verde (swego czasu niezbyt dobrze ocenione przez polski magazyn branżowy) miało w Portugalii dodatkową pozytywną cechę: cenę. Próżno cechy tej upatrywać na półkach polskich sklepów. Ponad trzykrotnemu wzrostowi ceny niestety nie towarzyszy wzrost walorów smakowych.
Casal Garcia faktycznie jest zielonkawe. W zapachu kwiatowe, lecz w smaku raczej kwaśnoowocowe, z wyraźną nutą zielonego jabłka, która trwa nawet w końcówce. Jest nieziemskim towarzystwem dla owoców morza, bez zadyszki nadąża za dorszem, ośmiornicą z grilla, oliwkami. Średnio je sobie wyobrażam z serami, ale może brak mi wyobraźni. Kiedyś spróbuję nakubkowo.
Nie wolno przy tym lekceważyć zaleceń co do temperatury wina: sugeruje się około 8 stopni. W przypadku vinho verde to bardzo ważne, dlatego informacje umieszczono na przedniej etykiecie.
poniedziałek, 7 grudnia 2009
metoda na dorsza
Podróż do Portugalii będę zawsze wspominać dobrze - trochę z powodów obiektywnych, trochę z sentymentu.
Nie będę rozwodzić się nad boskim klimatem, który zmęczonych upałem przybyszów raczy odpowiednio zimnym oceanem i porządną dawką wiatru. Nie sposób dzięki temu zmęczyć się słońcem. I Lisboa. I kolory. I azulejos. Ale w tym temacie brak słów - lepiej po prostu mieć oczy szeroko otwarte:
Będę natomiast wychwalać pod niebiosa setki przepisów na bacalhau, czyli dorsza. Mówi się, że Portugalczycy znają 365 sposobów przyrządzania dorsza i pewnie jest w tym spore ziarno prawdy. Liczę, że kiedyś uda mi się sprawdzić to na własnym podniebieniu. Najpopularniejszy jest dorsz suszony i solony (popularny w Portugalii zupełnie jak pata negra w sąsiada zza Tejo), uchodzący za czysto portugalski wynalazek, znany wszystkim amatorom iberyjskich kulinariów. Jego historia jest prosta i smutna, podobnie jak historia gazpacho czy paelli, które królują na stołach hiszpańskich, a ich prababką jest bieda, która kazała wrzucać go gara to, co było pod ręką (gazpacho robiono z nadpsutych pomidorów i dodawano czerstwego chleba, którego nie dało sie jeść bez namoczenia - dzięki temu powstała pożywna zupa). Dorsza pierwotnie zasalano w morskiej wodzie, aby się nie zepsuł. Następnie suszono go - tak zabezpieczona ryba nadawała się do jedzenia bardzo długo - przed spożyciem należało ją tylko przepłukać, aby usunąć nadmiar soli.
Inne popularne metody na dorsza to: zapiekanie ryby z cebulą i cienko pokrojonymi zimniakami, przykrytej na koniec jajem na twardo i czarnymi oliwkami (bacalhau á gomes de sá), coś na modłę hiszpańskiej tortilla espanola z dodatkiem kawałków dorsza (bacalhau a brás - doskonały śniadaniowy wariant dorsza) czy np. dorsz w formie krokietów (bolinhos de bacalhau).
Żeby było bardziej winnie: bacalhau á gomes de sá świetnie gra z wyjątkowym portugalskim winem vinho verde. Podobnie jak ośmiornice, krewetki, sardynki, kalmary... Ale o tym oddzielnie i innym razem.
Na deser dom, w którym urodziła się Amalia Rodriguez:
Nie będę rozwodzić się nad boskim klimatem, który zmęczonych upałem przybyszów raczy odpowiednio zimnym oceanem i porządną dawką wiatru. Nie sposób dzięki temu zmęczyć się słońcem. I Lisboa. I kolory. I azulejos. Ale w tym temacie brak słów - lepiej po prostu mieć oczy szeroko otwarte:
Będę natomiast wychwalać pod niebiosa setki przepisów na bacalhau, czyli dorsza. Mówi się, że Portugalczycy znają 365 sposobów przyrządzania dorsza i pewnie jest w tym spore ziarno prawdy. Liczę, że kiedyś uda mi się sprawdzić to na własnym podniebieniu. Najpopularniejszy jest dorsz suszony i solony (popularny w Portugalii zupełnie jak pata negra w sąsiada zza Tejo), uchodzący za czysto portugalski wynalazek, znany wszystkim amatorom iberyjskich kulinariów. Jego historia jest prosta i smutna, podobnie jak historia gazpacho czy paelli, które królują na stołach hiszpańskich, a ich prababką jest bieda, która kazała wrzucać go gara to, co było pod ręką (gazpacho robiono z nadpsutych pomidorów i dodawano czerstwego chleba, którego nie dało sie jeść bez namoczenia - dzięki temu powstała pożywna zupa). Dorsza pierwotnie zasalano w morskiej wodzie, aby się nie zepsuł. Następnie suszono go - tak zabezpieczona ryba nadawała się do jedzenia bardzo długo - przed spożyciem należało ją tylko przepłukać, aby usunąć nadmiar soli.
Inne popularne metody na dorsza to: zapiekanie ryby z cebulą i cienko pokrojonymi zimniakami, przykrytej na koniec jajem na twardo i czarnymi oliwkami (bacalhau á gomes de sá), coś na modłę hiszpańskiej tortilla espanola z dodatkiem kawałków dorsza (bacalhau a brás - doskonały śniadaniowy wariant dorsza) czy np. dorsz w formie krokietów (bolinhos de bacalhau).
Żeby było bardziej winnie: bacalhau á gomes de sá świetnie gra z wyjątkowym portugalskim winem vinho verde. Podobnie jak ośmiornice, krewetki, sardynki, kalmary... Ale o tym oddzielnie i innym razem.
Na deser dom, w którym urodziła się Amalia Rodriguez:
Etykiety:
bacalhau,
branco,
dorsz,
krewetki,
Minho,
Portugalia,
tinto,
vinho verde
wtorek, 1 grudnia 2009
niemiecka precyzja...
Do produkcji sekta podchodzi się w Niemczech bardzo rygorystycznie (Ordnung muss sein!). Rygor ten sprawia, że otrzymywane wina musujące są perfekcyjne, idealnie wyważone, choć, to moje prywatne odczucie, brak im tego-czegoś.
Sekt nie jest może tak radosny, jak włoskie prosecco. Nie jest też elegancki, jak szampan czy cremant. Od lekkości ducha bąbelkowego lambrusco dzielą go lata świetlne. Jeśli jednak szukasz poprawnego musującego wina, sekt świetnie się sprawdzi. Wariant produkowany z rieslinga zapewni nowe doznania wielbicielom niemieckiej kwasowości.
W Polsce dostępny jest wachlarz propozycji Henkella. Ostatnio raczyłam się tym:
Przyjemny blanc de blanc, powstały z wyselekcjonowanych odmian. Wytrawny. Owocowo-cytrusowy, idealnie musujący, przy tym wszystkim po niemiecku zdystansowany. W tle jakby ciasto z rodzynkami, zielone jabłko i gruszka. Nie powoduje może szczękopadu, ale i nie jest nijakie czy złe.
Sekt nie jest może tak radosny, jak włoskie prosecco. Nie jest też elegancki, jak szampan czy cremant. Od lekkości ducha bąbelkowego lambrusco dzielą go lata świetlne. Jeśli jednak szukasz poprawnego musującego wina, sekt świetnie się sprawdzi. Wariant produkowany z rieslinga zapewni nowe doznania wielbicielom niemieckiej kwasowości.
W Polsce dostępny jest wachlarz propozycji Henkella. Ostatnio raczyłam się tym:
Subskrybuj:
Posty (Atom)







