Hiszpania to raj dla amatorów wina. Katalonia natomiast to kraina, w której zamiast wody z kranów sączy się cava.Terefere.
Z lotniska do miasta przeciętny winomaniak dostanie się autobusem – trasę skończy więc w dogodnym, acz przerażająco kosmopolitycznym miejscu, Plaza Catalunya, od którego lub do którego biegnie najbardziej znany na Półwyspie deptak: La Rambla. Trudno dojrzeć urok Rambli w tych okolicznościach, ale warto wstać o 5 rano, by zobaczyć to:
W ciągu dnia na Rambli wre: piwo wylewa się z knajp strumieniami wprost na wyślizgany milionem stóp chodnik. W hałaśliwych wnętrzach turystycznych lokali zniesmaczeni Anglicy przecierają lepkie szklanki, w których podano im mętną ciecz z pływającym leniwie wewnątrz herbacianym szczurem. Drażniący zapach rynsztoka miesza się z zapachem portu i owoców morza – woń, jak się okazuje po dłuższym pobycie, charakterystyczna dla całego miasta. Widzisz to? Idź więc w przeciwnym kierunku.
W Barcelonie są ukryte skarby. Miejsca, w których rzeczywiście można odnieść wrażenie, że Katalończycy (jakoś nie mam serca nazywać ich Hiszpanami) odkrywają piękno życia w jego prostocie. Sklepy, w których kurczaków nie polewa się czekoladą, oliwek nie nadziewa się, a wina są bez ą i ę. Kiedy odważnie zapuścisz się w okolice Travessera de Gracia, zignorujesz wąskie, mroczne uliczki oraz estetyczną odmienność dzielnicy, czeka Cię prawdziwa nagroda. W blaszakach odkryjesz coś więcej, niż Boquerię. W małym pawilonie kupisz najlepszą oliwę. A w niewielkiej, niepozornej klitce - pyszne wino.
Bodega Marin - kilka euro w kieszeni gwarantuje tu prawdziwe Bachanalia. Pomieszczenie-kiszka od podłogi do sufitu, od ściany do ściany, wypełnione jest winem i towarzystwem: ser manchego, oliwki, pata negra i cecina to tylko niektóre. Butelki, beczki i karawki. I kurz.
Więcej zdjęć z Barcelony znajdziecie w Galerii Barta oraz na blogu bcn-insider
